Wszystko zaczęło się dość niewinnie – od szuflady ze skarpetkami. A tak dokładniej, to nie od niej, lecz rzeczy, które znajdowałam w środku. Najpierw spinacz biurowy, potem guzik, a innym razem wypisany długopis, w sumie nic wielkiego. Każdy wie, że w szufladach, od czasu do czasu, pojawia się coś, czego się do nich nie wkładało i co nie miało prawa tam być. To fenomenalne zjawisko zostało nawet wytłumaczone naukowo. Nadano mu nazwę: zapominalstwo oraz bałagan. (Osobiście wolę termin spontaniczne kumulowanie się materii). Zresztą nieważne, jak zwał, tak zwał. Liczy się rezultat, czyli fakt, iż pośród moich skarpetek zaczęły pojawiać się rzeczy, które skarpetkami nie były. Dopóki zjawiały się takie drobiazgi jak zszywki czy gumki do włosów, jakoś specjalnie mi to nie przeszkadzało. Kłopoty pojawiły się, kiedy w szufladzie zaczęły materializować się większe przedmioty.
Muszę przyznać, pojawienie się suszarki do włosów było nieco zaskakujące. Jeszcze bardziej zadziwiło mnie odkrycie, że to wcale nie suszarka, a ultranowoczesny miotacz promieni. Kanapa też się dziwiła, ale tylko przez chwilkę, bo później rozpadła się w proch. (Jak powszechnie wiadomo, zabójcze promienie nie służą meblom).
Co nieco skonsternowana oglądałam popiół, który jeszcze kilkanaście sekund wcześniej był kanapą, gdy zadzwonił telefon.
DRYŃ
Nie zwracając na to uwagi, dalej jak zahipnotyzowana wpatrywałam się w smętne resztki mebla. Dzwonienie stało się głośniejsze i jakby bardziej natarczywe.
DRYYŃŃŃ
Wciąż gapiłam się jak sroka w gnat.
DRYŃ, DRYŃ, DRYŃ – aparat dzwonił wściekle, a ja nic. Dalej stałam jak słup soli.
– Odbierz wreszcie! – krzyknął poirytowany telefon. – To ważne!
– No dobra – powiedziałam, niechętnie unosząc słuchawkę.
– Halo! Cześć, tu Franek.
– Eee... cześć? – bąknęłam niepewnie. Jakoś nie mogłam sobie przypomnieć, bym znała jakiegoś Franka.
– Dzwonię, bo już wiem, co sprawiło, że podczas prania ciągle ginęły mi skarpetki. I wiesz, co?
– Eee...
– Miałaś rację, to wcale nie była wina kosmitów. Niepotrzebnie zamontowałem cały ten szpiegowski sprzęt i kamerę z fotokomórką. Zgadnij, co się okazało!

– Eee...
– Te skarpetki, to mi wsysała czarna dziura! Zrobiła się taka malutka na dnie bębna w pralce. Rozumiesz, ja tam od dawna nie zaglądałem, a dziś patrzę, patrzę i widzę – czarna dziura! Taka sama jak w tych serialach, co w nich goście ubrani w piżamy biegają po statkach kosmicznych. Wiesz, co wtedy pomyślałem?
– Eee...
– Pomyślałem, że będę musiał tę pralkę wyrzucić, ale zaraz żal mi się zrobiło. W końcu jest prawie nowa, ma zaledwie piętnaście lat. Poza tym, skąd mam mieć gwarancję, że ta czarna dziura zaraz nie zrobi mi się w jakimś innym miejscu? Kombinowałem, kombinowałem i wiesz, co wykombinowałem?
– Eee...
– Wymyśliłem, że ją czymś zatkam!
– To czarną dziurę można zatkać? – Ze zdziwienia zapomniałam, iż miałam powiedzieć temu Frankowi, że to pomyłka.
– I to jeszcze jak! Pamiętasz tą ohydną czapkę z pomponem? Tą, co jest tak paskudna, że jak polałem ją kwasem, to nie chciała się rozpuścić? No, pamiętasz? Chodzi o tą, co mi ją dałaś na urodziny.
– Aha...
– To ja wetknąłem to szkaradztwo w czarną dziurę i ona... hi, hi... i ona się zakrztusiła. Super, nie?
– Super...
– Właśnie! Chciałem ci podziękować za tą czapkę. Mogłabyś zrobić na drutach takich więcej? Widzisz, nigdy nie wiadomo, kiedy taka dziura znów się pojawi. Zrobisz? Tak? Dzięki! No to pa.
Rozłączył się nim zdążyłam mu powiedzieć, że:
a) to pomyłka
b) nie umiem robić na drutach
c) czapki z pomponami uważam za bardzo gustowne.
„Swoją drogą, to bardzo ciekawe”, pomyślałam. Taka czarna dziura wszystko wsysa, a gdzie ona później to wypluwa?
I wtedy mnie olśniło. W mojej szufladzie wcale nie materializowała się materia, lecz pojawiła się odwrotność czarnej dziury – biała dziura, która wypluwa to, co czarna wyssała gdzieś hen, hen daleko stąd. Biorąc pod uwagę miotacz zabójczych dla mebli promieni, drugi koniec mojej dziurki mógł znajdować się albo gdzieś na innej planecie, albo w przyszłości, albo w którymś z równoległych wszechświatów.

Od tej pory przestałam wyrzucać przedmioty tajemniczo zjawiające się w szufladzie. Postanowiłam, że gdy ich już trochę nazbieram, otworzę muzeum. Wyobraźcie to sobie: Wielkie Prywatne Muzeum Artefaktów Nie z Tej Ziemi, w skrócie WPMANzTZ, fajnie brzmi, co nie? Co więcej obchodziłam się z nimi znaczniej ostrożniej niż z pseudosuszarką. Bardzo podejrzliwa byłam zwłaszcza w stosunku do puszki szprotek w oleju. Całkiem niepotrzebnie, jak zapewniał mnie później mój kot. Twierdził, iż były całkiem smaczne i przecież nic mu się nie stało, no może z wyjątkiem tego, że zaczął mówić oraz wyrosła mu dodatkowa głowa. Wkrótce po tym oświadczył, że odchodzi, ponieważ dostał propozycję objęcia stanowiska wykładowcy w Kolegium Świętego Cedda w Cambridge. Niestały drań.
Dopóki pojawiały się wyłącznie przedmioty nieożywione (lub względnie nieożywione) było całkiem, no może względnie całkiem, spokojnie. Co prawda, martwiłam się, czy aby jakiś kretyn – pardon, osobnik inteligentny inaczej – z drugiej strony mojej dziury, nie wpadnie na pomysł, aby wrzucić tam zapaloną pochodnię. (Ogień + szuflada wypełniona skarpetami = pożar). Jednak w życiu zawsze wyznawałam zasadę, iż problemami należy się przejmować dopiero wtedy, kiedy już się pojawią i to wyłącznie pod warunkiem, że są zbyt duże/kolorowe/piszczące, żeby je zignorować. Poza tym, miałam pod ręką gaśnicę.
I tak żyłam sobie względnie spokojnie, aż pewnego dnia w mojej szufladzie zjawił się... smok. Tak właściwie, to raczej smoczek – był wielkości średnio wyrośniętego kota. Oczywiście miał łuski, skrzydła, szpony i wszystko to, co smok mieć powinien. Odpowiedź na pytanie, czy potrafi ziać ogniem, miałam dopiero poznać.
– Dzień… dobry? – powiedziałam na próbę. W większości książek fantastycznych smoki są przedstawiane jako istoty niezwykle mądre, potężne, a do tego często agresywne i silne. Dlatego postanowiłam być uprzejma, tak na wszelki wypadek. Chyba nikt będący przy zdrowych zmysłach nie chciałby urazić magicznego, potencjalnie ziejącego ogniem stworzenia siedzącego w bardzo łatwopalnej szufladzie.
– Pocałuj mnie! – odpowiedział smok.
– Co? – Rozumiem, że w dzisiejszych czasach żyje się szybciej oraz panuje swoboda obyczajów, ale całować się z jaszczurem, którego ledwo co się zobaczyło, to już chyba lekka przesada.
– Pocałuj mnie – powtórzył, przyglądając mi się uważniej. Musiałam mieć bardzo zdezorientowaną minę, ponieważ po chwili dodał:
– Znasz te historie, w których księżniczka całuje żabę, a ta zmienia się w księcia?

Skinęłam głową.
– W takim razie pocałuj mnie.
– Ale ty nie jesteś żabą, tylko smokiem – zauważyłam, nawet całkiem mądrze.
– No to co? – Był wyraźnie zniecierpliwiony. – Po prostu wyobraź sobie, że jestem wyjątkowo wyrośniętą żabą.
– Nie mogę. Żaby to płazy, a smoki to raczej-chyba-prawdopodobnie-na pewno gady.
– Słuchaj, to nie jest ważne. Jestem zaklętym księciem i to się liczy. Muszę znaleźć księżniczkę, która mnie pocałuje i tyle!
– Aaa! – w końcu zrozumiałam.
Przyjrzałam mu się dokładniej. Rzeczywiście, miał małą koronę na łepku.
– Zrozumiałaś? To świetnie! Teraz mnie pocałuj.
– A zdajesz sobie sprawę z tego, że ta historia z pocałunkiem ściągającym urok, to kłamstwo wymyślone przez dorosłych, żeby nie stresować dzieci?
– O-oczywiście… – Jego pysk przybrał wyraz dobitnie świadczący, że wcześniej nie miał o tym pojęcia.
Westchnęłam.
– Do bajki o księżniczce i żabie całowano dodano później. W oryginalnej wersji płaz zmienia się w księcia po tym, gdy dziewczyna rzuca nim o ścianę.
– A może byśmy tak najpierw spróbowali całowania? – Nie znam się za dobrze na smoczej mimice, ale chyba nie bardzo podobał mu się pomysł z rzucaniem.
– A może najpierw opowiedziałbyś mi, jak to się stało, że zostałeś zmieniony w smoka i wylądowałeś u mnie w szufladzie?
– Eee, nie warto. To raczej długa oraz banalna historia.
– Nie szkodzi – odparłam. – Lubię banały, tym bardziej, że ostatnio przytrafiają mi się same wyjątkowo niebanalne rzeczy. Poza tym nigdzie mi się nie śpieszy.
– Ale mi się śpieszy!
– Aha, no to leć. Śmiało! Idź, poszukaj sobie kogoś innego, kto chciałby cię pocałować.
Smok rozejrzał się wokoło. Chyba poza mną nie zobaczył w pobliżu nikogo ani niczego, co chociażby z grubsza przypominało księżniczkę, bo westchną zrezygnowany i zaczął opowiadać.

***
Tam skąd pochodzę polowanie na smoki to coś, co robi każdy człowiek. Nawet kobiety wywalczyły sobie równouprawnienie w tej dziedzinie. Tak więc wszyscy: chłopi, mieszczanie, szlachcice, księżniczki są smokobójcami-amatorami. Dorastając w takiej kulturze, nie miałem wyboru, musiałem zająć się polowaniem na jaszczury. Nikt by mnie nie szanował, gdybym nie ubił co najmniej trzech gadów, a jako przyszły władca musiałem zdobyć popularność wśród poddanych.

Najpierw miałem pewne opory. Wiesz, ja nie przepadałem za myślistwem i sportami w ogóle. Zawsze bardziej interesowały mnie książki, polityka oraz dyplomacja, jednak po moich pierwszych łowach...
Mówię ci, to było piekło. Rozwścieczona bestia ziała ogniem na prawo i lewo. Myślałem, że zginę a potem... Udało się! Dokonałem czegoś, co wydawało się niemożliwe. Ja – mały, prawie bezbronny człowiek, zabiłem ogromnego, szponiastego smoka. Nie ma słów, które mogłyby oddać to, co wtedy czułem. To była euforia, czysta euforia.
Zabijanie smoków działało na mnie jak narkotyk. Przestałem czytać księgi, spotykać się z przyjaciółmi, interesować się sprawami państwa. Jedyne co mnie obchodziło to polowanie. Nikt nie zabijał tak dużo ani z taką pasją jak ja. Zostałem jednomyślnie wybrany smokobójcą roku. Wszyscy mnie podziwiali. Stawiali mi pomniki. Nazywano ulice moim imieniem. Krótko mówiąc, były to najszczęśliwsze lata mojego życia. A potem stała się rzecz straszna: zabrakło smoków.
Druidzi-ekolodzy od dawna przed tym ostrzegali, ale nikt nie traktował ich poważnie. Jaszczurów zawsze było od groma i jeszcze trochę. Nikomu nie mieściło się w głowie, że mogłyby wyginąć. Przecież były takie duże i potężne, kilka niewinnych polowanek nie mogłoby im zaszkodzić.
A jednak.
To wstrząsnęło całym królestwem. Nasz styl życia, filozofia, gospodarka oraz ekonomia opierały się niemalże wyłącznie na smokach. Ich wyginięcie spowodowało kryzys na ogromną skalę. Zapanował chaos, ale to nic w porównaniu z tym, co działo się w mojej duszy. To było tak, jakby mój świat nagle się zawalił. Nie miałem już celu w życiu. Odebrano mi jedyną radość. Nie mogłem jeść ani spać. Całymi dniami i nocami wpatrywałem się w sufit. Myślałem, że życie nie ma sensu. Zastanawiałem się nawet, czy ze sobą nie skończyć... Na szczęście nim to zrobiłem, do pałacu dotarły wieści, które w mgnieniu oka postawiły mnie na nogi.
Okazało się, że w sąsiednim królestwie istniał rezerwat przyrody, w którym wciąż żyły smoki. Co prawda nie było ich wiele, jednakże to starczyło, aby przywrócić mi nadzieję.
Król, mój ojciec, natychmiast rozpoczął pertraktacje. Chciał sprowadzić (oczywiście za odpowiednią cenę) kilka gadów zza granicy. Nie byłoby żadnych kłopotów, gdyby nasz sąsiad był porządnym królestwem, ale gdzie tam – jak na złość, ostatnie smoki żyły w krainie, gdzie panowała monarchia parlamentarna. Zgadnij, jakie ugrupowanie wygrało tam ostatnie wybory. Partia druidów-ekologów, oczywiście!
Na naszą prośbę odpowiedzieli, że owszem, podoba się im pomysł restytucji tego gatunku, lecz nie są pewni, czy nasze społeczeństwo jest na to gotowe. Trzeba zmienić mentalność ludzi, zapewnić smokom odpowiednie warunki itp., itd. W skrócie: mamy zgłosić się za jakieś sto pięćdziesiąt lat.
Ja... to znaczy państwo nie mogło tak długo czekać. Przekonałem mego ojca, iż dla dobra ojczyzny trzeba sięgnąć po ciut mniej uprzejme środki. Dobra, przyznaję, jest wielce prawdopodobne, że troszeczkę bardziej chodziło mi nie o kraj, a o mnie, jednakże nie ma to znaczenia. Królestwo też by na tym skorzystało, gdyby udało mi się ukra... hmm... pożyczyć kilka smoków.

Na Thor-Ar’Diun – boginię szczęśliwych łowów, udałoby mi się gdyby nie... To nie była moja wina! Po prostu gdy zobaczyłem te wszystkie jaszczury, nie mogłem się powstrzymać. Zabiłem jednego, może dwa... albo trzy. Były stare i tak by zdechły... w końcu... kiedyś. No i strażnik mnie przyłapał.
Właściwie to była strażniczka. Czarownica-strażniczka. Nie istnieje nic gorszego niż czarownice. Mają specyficzne poczucie sprawiedliwości... i humoru. Ta uznała, że będzie zabawnie jak za karę zmieni mnie w smoka, a nie w żabę. „Sankcja adekwatna do winy” – powiedziała.
Zwykle ze zdjęciem czaru nie ma większego problemu, zwłaszcza jeśli jest się księciem. Starczy udać się do najbliższej księżniczki i wyjaśnić całą sprawę. Potem buzi-buzi i po sprawie. Ja jednak nie mogłem tak postąpić. Dlaczego? Wyjaśnię ci dlaczego! Jak myślisz, co zrobi królewna – zapalona łowczyni, gdy zobaczy skrzydlatego gada? No właśnie. Każda księżniczka w królestwie przebiłaby mnie mieczem, zanim zdołałbym wyjaśnić, kim jestem.
Na szczęście usłyszałem o znajdujących się w pobliżu wrotach do innego świata. Świata, w którym nie ma smoków. Nie ma smoków, nie ma smokobójców, pomyślałem i jestem.
Czy teraz mogłabyś mnie wreszcie pocałować?

***

Zrobiło mi się głupio. Spuściłam wzrok, po czym powiedziałam cicho:
– Mogę, oczywiście, jednak obawiam się, że nic z tego nie wyjdzie.
– Jak to? Przecież obiecałaś!
– Tak naprawdę – Zarumieniłam się. – to ja wcale nie jestem księżniczką.
– W takim razie po co zawracałaś mi głowę?
– Grałam na zwłokę. Poza tym, to ty zacząłeś z tym całowaniem.
Przez pewien czas książę-smok wyglądał tak, jakby chciał zionąć na mnie ogniem albo wybuchnąć, albo jedno i drugie. (Szczerze mówiąc, na mowie ciała gadów znam się jeszcze mniej niż na ich mimice). W końcu – po dłuższej chwili – mojemu nowemu znajomemu udało się opanować.
– Nieważne – powiedział, z rezygnacją spuszczając łepek. – Czy mogłabyś zaprowadzić mnie do jakiejś szlachetnie urodzonej panny?
– Obawiam się, że nie. Widzisz, u nas panuje równość społeczna, nie ma żadnej arystokracji.
– Nie ma... – Wiem, że nie mogłam zobaczyć tego pod łuskami, ale przysięgłabym, że zbladł. – Jak to nie ma?
– Normalnie: równość, sprawiedliwość, demokracja i takie tam.
– Nie! – zawył rozdzierająco i zaczął walić łbem w ścianę. – Ze wszystkich miejsc w wieloświecie musiałem trafić do takiego, w którym nie ma księżniczek! Dlaczego? Dlaczego?!
Natychmiast ruszyłam go pocieszać. Ze wstydem muszę przyznać, że nie kierowała mną troska o jego zdrowie, lecz o moją ścianę. Smoki słyną z bardzo twardych czaszek.
– Czy aby na pewno to musi być księżniczka? Przecież tytuł nie jest najważniejszy...
– Właśnie! – wykrzyknął, odrywając się od ściany. – Księżniczka choćby i bez tytułu nie przestaje być księżniczką. Liczy się szlachetne pochodzenie. Czy któryś z twoich przodków był królem?
Pokręciłam głową.
– Księciem?
– Nie.
– Hrabią?
– Nie.

– Baronem.
– Nie. – Ponieważ gad wyglądał tak, jakby znów miał zacząć dewastować ścianę, dodałam: – Za to moja cioteczna prababka była wiedźmą.
Eks-książę wyszczerzył się, prezentując kolekcję stosunkowo niewielkich, aczkolwiek budzących respekt zębów. Dobrą chwilę zajęło mi zrozumienie, iż mój gość wcale nie planuje mnie zjeść, tylko po prostu się uśmiecha.
– Doskonale! W takim razie rzuć jakiś czar zdejmujący urok.
Syknęłam.
– No nie, kolejny ignorant! Dlaczego wszyscy ciągle mylą wiedźmy z czarownicami. Wbijcie to sobie do głów: to czarownice czarują, a wieźmy po prostu wiedzą różne rzeczy.
– To dowiedz się, jak mnie odczarować.
Wzięłam głęboki wdech i policzyłam do dziesięciu, następnie do stu, a potem do dwustu. W końcu, już spokojnym głosem, odpowiedziałam:
– Nie wiem, czy zdajesz sobie z tego sprawę, ale w tym świecie magia nie jest szczególnie popularną dziedzinę nauki. W ogóle nie jest uważana za naukę. Chyba nie myślisz, że za chwilę do drzwi zadzwoni listonosz z paczką zawierającą trzystuletnią magiczną księgę?
W tym momencie rozległ się dzwonek. Jakoś wcale nie zdziwił mnie fakt, iż po otwarciu drzwi zobaczyłam listonosza.
– Przesyłka do pani, proszę pokwitować.
Paczka oczywiście zawierała grymuar oraz krótki liścik:

Pozdrowienia od Franka.
PS: Jak tam czapki?


– Kto to był? – zapytał jaszczur, gdy wróciłam do pokoju.
– Listonosz z przesyłką od Franka.
– Jakiego Franka?
– Tego, któremu dałam czapkę z pomponem.
– Aha, od tego Franka. O, masz księgę! To teraz mnie odczarujesz?
– Stanowczo raczej tak – odpowiedziałam, nie bez pewnej podejrzliwości przyglądając się opasłemu tomisku.
Na zrobionej ze skóry (bynajmniej nie zwierzęcej) okładce wytłoczono złotymi literami tytuł: Maleficia. Poza licznymi plamami krwi tom posiadał jeszcze jedną wadę.

– O, jest po włosku – zauważył zaglądający mi przez ramię smok. – Nie wiedziałem, że znasz włoski.
– Nie znam włoskiego – przyznałam się.
– To jak...
– Tu są obrazki, nawet całkiem niezłe. Ten kot z wyprutymi jelitami wygląda zupełnie jak żywy, znaczy, martwy.
– To się nigdy nie uda!
– Ależ oczywiście, że się uda! Mam słownik włosko-czeski.
– A znasz czeski?
– Szczerze mówiąc, też nie, ale mam słownik czesko-słowacki.
– Niech zgadnę, nie znasz słowackiego, lecz masz słownik słowacko-perski?
– Prawie trafiłeś. Mam słowacko-litewski, litewsko-niemiecki i niemiecko-angielski oraz...
– Może będzie prościej, jak ja potłumaczę? – zaproponował gad.
– Chyba masz rację – przyznałam, acz niechętnie. Mój pomysł był ciekawszy. – Zaraz, przecież dopiero, co przybyłeś to tego świata i, nie obraź się, ale nie wiedziałeś o nim zbyt wiele. Jakim cudem znasz język włoski?
– Ależ to oczywiste, w końcu jestem przyszłym królem – rzucił, jakby to wszystko wyjaśniało.
– Aha – powiedziałam równie mądra w równym stopniu co na początku.
– W takim razie, skoro uzgodniliśmy tę kwestię, mogłabyś przynieść kociołek i...
– Echem, już przyniosłam.
Smok krytycznie spojrzał na przedmiot.
– To nie kociołek, tylko plastikowe wiaderko, na dodatek różowe.
– Na bezrybiu i rak ryba. Jak ci się nie podoba, idź poszukaj sobie jakiejś innej wiedźmy albo czarownicy.
– Zastanawiam się, czy nie byłoby to najrozsądniejsze wyjście.
– Nie marudź, tylko tłumacz – fuknęłam.
– Dobra, dobra, już się robi. – Wsadził pysk w książkę i z wielkim skupieniem zabrał się do dzieła. – Hmm... hmm... to ciekawe...
– Co? – zapytałam niecierpliwie. – Co jest ciekawe?
– Nie wszystkie składniki zostały nazwane po imieniu, część trzeba zinterpretować, na przykład: ząb bestii, której nie pokonał żaden rycerz.
– Mam coś takiego – ucieszyłam się. Pogrzebałam minutkę w szafie. – O, jest!

– Trochę to małe jak na kieł bestii.
– To mój ząb mleczny.
– I nikt cię nigdy nie pokonał?
– No... na rycerza to on raczej nie wyglądał.
Wrzuciłam mleczaka do substytutu kociołka. Smok spoglądał raczej sceptycznie.
– Na szczęście następny składnik został lepiej sprecyzowany: noga o północy wyrwana żabie.
– Świetnie się składa. Akurat kupiłam paczkę mrożonych żabich udek. Chciałam spróbować kuchni francuskiej – wyjaśniłam.
– A te udka były wyrywane o północy?
– Aaa... eee... umm... Pewnie tak, zresztą to nie robi wielkiej różnicy, zwłaszcza żabom. Na wszelki wypadek dodam trzy.
Jak powiedziałam, tak zrobiłam. Smok dalej studiował przepis.
– Pięknie! – krzyknął nagle – Po prostu pięknie!
– O co chodzi?
– O tą szkapę, co nie chodzi!
– Obawiam się, iż czegoś takiego, na stanie nie posiadam – opowiedziałam zgodnie z prawdą.
Smok popatrzył się na mnie jakoś dziwnie.
– Następny składnik to krew dziewicy – wyjaśnił. – Skąd niby mamy ją wziąć?! Od wieków nie widziałem dziewicy. Wszyscy wiedzą, że już dawno wyginęły.
Oczywiście doskonale wiedziałam, gdzie można znaleźć dziewicę, jednakże byłam bardzo przywiązana do swojej krwi i nie miałam ochoty się z nią rozstawać.
– Może zastąpilibyśmy ją keczupem? – zaproponowałam nieśmiało.
– Zgoda. – W jego głosie było tyle ponurej rezygnacji, że aż kapała na podłogę. – Tej miksturze i tak to niewiele zaszkodzi.
Dodałam keczupu. Wzięłam ostry, aby dodać zaklęciu pikanterii.
– I co teraz? – zapytałam.
– Teraz musisz powiedzieć inwokację.
– Jaką inwokację?
– Nie piszą. Rzuć pierwsze lepsze zaklęcie, które przyjdzie ci do głowy.
– Dobra. Abrakadabra, co za makabra!
Z wiaderka buchną dym. W oddali rozległ się grzmot. Pokojem wstrząsnęły drgania i...nic. Smok jak był smokiem, tak dalej nim pozostał.

– Wiesz, to chyba nie... – zaczął, ale nie dokończył. Ledwie na mnie spojrzał, zaraz wybuchł gromkim śmiechem.
– Co się stało? – zapytałam.
Ponieważ z chichoczącego jaszczura nie udało mi się wyciągnąć żadnej, nawet choćby względnie sensownej odpowiedzi, spojrzałam w lustro. Z wrażenia powietrze ze świstem uciekło mi z płuc.
– Nie martw się – pocieszał mnie gad. – Do twarzy ci tak.
– Ale one są zielone!
– Ten kolor włosów doskonale oddaje twoją osobowość.
– Arrgh!
– Poczekaj, zostaw tą ścianę w spokoju! Jeszcze coś sobie zrobisz...
– To miłe, że się o mnie martwisz.
– ...i kto mnie wtedy odczaruje?
Przez następne pół godziny wyrzucałam z siebie wiązanki, których przytoczyć nie raczę. Zaznaczę tylko, iż ani razu się przy tym nie powtórzyłam.
– Niesamowite! – Smok był wyraźnie pod warzeniem. – Marynarze mogliby się od ciebie uczyć. Szkoda, że nie zaczęłaś mówić tak od razu, gdy tylko się poznaliśmy. Wtedy dużo szybciej zorientowałbym się, że nie jesteś królewną.
– Przepraszam. – Ze wstydu miałam ochotę zapaść się pod ziemię. – Ostatnio w moim życiu zdarzyło się bardzo dużo rzeczy zwyczajnych inaczej. Już nie wytrzymuję psychicznie.
– Ale już ci lepiej?
– ...
– To w takim razie wracajmy do pracy.
– Ale...
– Przecież sam się nie odczaruję, a włosami nie przejmuj się tak. Przecież zawsze możesz je pomalować.
Przy okazji następnego zaklęcia poznałam odpowiedź na pytanie, czy były książę potrafi ziać ogniem. Brzmiała ona: i to jeszcze jak!
Zgodnie z przepisem miałam przerzucić garść pieprzu przez prawe ramię. Pech chciał, że trafiłam prosto w smoczy nos. Jedno „a psik!” i po dębowym stole zostało zaledwie wspomnienie. W dodatku czar nie zadziałał. Tak właściwie zadziałał, ale nie do końca tak, jakby smok tego sobie życzył. Zamiast w księcia zmienił się w... księżniczkę.
– Uaaa! – zawył(a).
– Nie martw się – powiedziałam jadowicie. – Do twarzy ci tak.

– Ja mam piersi!
– Ja też.
– I macicę!
– Od tego się nie umiera.
– Rzuć następne zaklęcie! Natychmiast!
– Zupełnie nie rozumiem, o co ci chodzi – odpowiedziałam z miną niewiniątka. – Przecież płeć zawsze można zmienić operacyjnie...
– Nie gadaj, tylko przynoś składniki!
Tym razem szło nam całkiem nieźle. Niestety księżniczka, która jeszcze niedawno był(a) smokiem, który kiedyś był księciem, musiał(a) pomylić się w tłumaczeniu. (A coś tak czułam, że gumowa kaczuszka nie pasuje do reszty składników). Ofiara magii zmieniła się w koguta.
– Przynajmniej płeć się zgadza – zauważyłam.
– To nie jest zabawne.
Następny przepis był bardziej skomplikowany. Prawie wszystkie składniki zostały opisane w enigmatyczny sposób. Jakoś udało nam się przez to przebrnąć, jednak muszę przyznać, że nawet mi interpretacja: „ostrza przy pomocy, którego obdziera się wrogów ze skóry” jako obieraczki do kartofli, wydała się odrobinę naciągana. W sumie wyszło nam całkiem zgrabne zaklęcie. Szkoda tylko, że zmieniło koguta w świnię, a nie człowieka.
– Ech – westchnęłam. – Znowu pudło.
– Zaczynam się już przyzwyczajać.
Miał jeszcze dużo czasu, by się przyzwyczaić. Kolejno zaliczył bycie: żyrafą, strusiem, żółwiem, traszką, papużką, stonogą, antylopą, dziobakiem oraz pająkiem.
Wreszcie po kolejnym hokus-pokus zmienił się w paprotkę. Początkowo wydało mi się to zabawne:
– Teraz pasujesz mi do włosów – zaśmiałam się.
Dopiero po chwili dotarło do mnie, że rośliny, nawet te zaczarowane, nie mówią, gdyż nie mają ust.
– Kto mi teraz będzie tłumaczył?! – jęknęłam.
Paprotka, oczywiście, milczała.
– Może w magii nie chodzi o to, co się robi, tylko kto to robi? Spróbuję rzucić jakieś zaklęcie od tak z głowy. A nuż zadziała...
Roślina nie zaprotestowała. Prawdopodobnie tylko dlatego, bo nie mogła.
– Czary mary, nie do pary!

Rozległo się ciche puf, a potem radosny okrzyk:
– Hura! Udało się, znów jestem sobą!
– Myślałam, że byłeś księciem.
– No, rzeczywiście – przyznał znów-smok. – Ale przekonałem się, że bycie smokiem wcale nie jest takie złe. Pomyśl, mógłbym być tobą. To byłoby straszne!
– I vice versa – burknęłam.
Spojrzałam w lustro z nadzieją, iż moje włosy też wróciły do normy, ale gdzie tam.
– Co więcej, nawet gdyby udało ci się mnie odczarować – ciągną gad. – To jak niby miałbym wrócić do domu? Twoje przejście jest jednokierunkowe. Słyszałaś kiedyś o jakiś innych wrotach łączących twój świat z moim?
– Tak szczerze...
– Wiesz co? – powiedział smok, nie czekając aż dokończę. – Nawet mi się tu podoba. Jak okiem sięgnąć żadnych smokobójców, czyli da się żyć. Tylko tapetę musisz zmienić. Ta jest wyjątkowo ohydna.
– Co?!

***

Od tych, jakże pamiętnych, wydarzeń minęło pół roku. Smok dalej mieszka u mnie i stanowczo odmawia poddania się jakimkolwiek próbom odczarowania. Zupełnie go nie rozumiem. Ostatnio poczyniłam znaczne postępy w dziedzinie magii. Dla przykładu, wczoraj udało mi się zmienić zupę fasolową w grochówkę. W sumie na wiele się to nie zdało, zarówno jednej i drugiej nie cierpię tak samo.
Na obecność gada nie narzekam. Prawdę mówiąc, nawet się przydaje. Czasami. Troszkę. W przeciwieństwie do mnie umie gotować i gdy zabiera się do innych prac domowych, obywa się bez ofiar śmiertelnych. Oprócz tego świetnie sprawdza się w roli zapalarki do gazu.
Po wielu próbach farbowania włosów okazało się, że tylko przez jeden rodzaj farby nie przebija zieleń. Jeśli idąc ulicą, zobaczycie coś, co z daleka przypomina płonącą pochodnię, to będę ja.
W szufladzie dalej pojawiają się rzeczy z innego świata. Gdy dziś rano tam zajrzałam, znalazłam zrobioną na drutach czapkę z pomponem. Był na niej wyszyty napis: FRANEK.

KONIEC

PS: Chyba pora zabrać się za robótki ręczne.