– Alu, przestań! Przez ciebie się spóźnimy.
– Nie!
– Alu…
– NIE!
Szarpie po raz kolejny, usiłując się wyrwać. Mało mi ręki przy tym nie urywa. Zaskakujące, ile siły może kryć się w tak drobnym ciałku. Dochodzę do wniosku, że w ten sposób nic nie wskóram i zmieniam taktykę.
– Aludro – mówię spokojnie, acz stanowczo. To zwraca jej uwagę. Rzadko ma okazję słyszeć pełną wersję swego imienia. „Aludra” brzmi tak poważnie. Jakoś nikomu się nie kojarzy z dziewięcioletnią dziewczynką o włosach koloru pszenicy oraz buzi cherubinka. Moja siostra przestaje się wyrywać.
Klękam tak, aby nasze oczy znalazły się na tym samym poziomie.
– Aludro – powtarzam łagodnie. – Zauważyłaś, że mamusia jest ostatnio bardzo zmęczona, prawda?
Kiwa główką.
– I że nie ma dla nas zbyt wiele czasu?
Znów przytaknięcie.
– To dlatego, że odkąd tatuś poszedł do Bozi, mama musi bardzo dużo pracować. Kiedyś wystarczyło, że od czasu do czasu pomagała we dworze, a teraz… Zresztą, sama widziałaś, ile ostatnio prania przyniosła.
– Całą górę. – Cieniutki dziecięcy głosik drży wyraźnie. – A potem, jak już skończyła prać, była bardzo zmęczona. Prawie tak jak tatuś zanim…
Ogromne orzechowe oczy wilgotnieją. Przytulam siostrę, zanim rozpłacze się na dobre.
– Ciii, ciii. – Czulę gładzę złocistą główkę. – Spokojnie. Mamusia nie umrze. Po prostu musi trochę odpocząć.
– Ale…
– Ale gdyby Grosvenor przyjął mnie do terminu, przynosiłbym wam mnóstwo mięsa, skór, leśnych owoców, miodu, a nawet trochę monet. Wtedy mamusia nie musiałaby tak ciężko pracować i miałaby dla ciebie więcej czasu. Znowu uczyłaby cię gotować, opowiadała bajki i śpiewała, zupełnie tak jak kiedyś.
– Ale…

– Ale żeby zdobyć posadę u Grosvenora, potrzebuję twojej pomocy.
Alu momentalnie wyślizguje się z uścisku. Zwinna jest jak jaszczurka.
– Ale ty chcesz zabić konika!
No i masz, znowu się zaczyna.
Wzdycham. Już chyba z tysiąc razy tłumaczyłem, że to nie żaden konik, a ta dalej swoje. Konik, choćby dziki, z rogiem pośrodku czoła, to konik i już.
– Tatuś nigdy nie zabiłby konika – mówi, po dziecięcemu wydymając wargi.
– Bo tatuś nigdy nie był myśliwym – wyjaśniam cierpliwie, chociaż w środku aż się gotuję. – Ale za to łowił ryby, pamiętasz?
– To nie to samo!
– A właśnie, że to samo. Ryby umierały, a my jedliśmy ich mięso, z ości robiliśmy haczyki, ściągaliśmy skóry… – Na moment pogrążam się we wspomnieniach. Głos ojca tłumaczący mi oraz Psarasowi, iż żadnej części ryby nie wolno marnować, każdą można do czegoś wykorzystać. Jego ręce, ciemne, zniszczone pracą. Grube, a mimo to zręczne palce zakładające haczyk. Szeroki, szczery uśmiech. Potrząsam głową. Bezsensowne wspominanie przeszłości. Teraz nie ma ani ojca, ani Psarasa, ani naszych dwóch najmłodszych sióstr. Jesteśmy tylko my – matka, mała Aludra oraz ja, czternastoletni chłopak, głowa rodziny. Powinienem pracować. MUSZĘ pracować. Dlatego trzeba wreszcie jakoś przekonać Alu.
Otwieram usta, jednak zanim mam okazję cokolwiek powiedzieć, dziewczynka znów mi przerywa.
– Pamiętam. – Na pucułowatej buzi widnieje rozmarzony uśmiech. – Raz tatko złapał taką maciupcią rybkę, nie większą od mojego paluszka. Powiedział, że jest jeszcze za mała. Nie wolno krzywdzić małych rybek. Dlatego dał ją mnie. Trzymałam ją potem w wiaderku. Tak samo będzie z konikiem, prawda? Jak się okaże za mały, ty i mistrz Grosvenor go wypuścicie, tak?
– Ależ oczywiście – kłamię. – Chociaż, wiesz co? Sądzę, że Grosvenor będzie tak wdzięczny za pomoc przy polowaniu, że zamiast po prostu wypuścić konika, pozwoli ci go zatrzymać.
Orzechowe oczka aż się zaświeciły.
– Będę miała własnego rogatego konika?
Patrzy z wyczekiwaniem, a do mnie wreszcie dociera, co właśnie powiedziałem. Równie dobrze mogłem jej obiecać gwiazdkę z nieba.
Mimo to przytakuję.

***

Teraz to Aludra ciągnie mnie. Cały czas podskakuje, podśpiewując:
– Dostanę konika! Dostanę rogatego konika!
Nie mam pojęcia, jak dotrzymam danej obietnicy. Wątpię, aby młody myśliwy zechciał odstąpić jednorożca, choćby najmniejszego. Zresztą nawet gdyby… Gdzie go trzymać? Za co kupować paszę? Co taki jednoróg w ogóle je?
Postanawiam na razie o tym nie myśleć. Teraz liczy się tylko to, że wreszcie idziemy.

***

Gdy dochodzimy na umówione miejsce spotkania, momentalnie zapominam o wyrzutach sumienia. Wybiegam naprzód, aby przywitać się z Wilderem i Jaegerem. Co z tego, że dziś będziemy rywalami? To nie zmienia faktu, iż jesteśmy przyjaciółmi. Zresztą skakanie sobie do gardeł i tak nie miałoby sensu. Nieważne, komu uda się zabić jednorożca, bo to może świadczyć jedynie o szczęściu. Tymczasem Grosvenor, wybierając swego nowego terminatora, będzie się kierować dziesiątkami różnych kryteriów: charakterem kandydata, cierpliwością, talentem, umiejętnością kamuflażu bądź też sprawnością w posługiwaniu się łukiem. W dokonaniu wyboru może mu również pomóc boskie objawienie albo pogawędka z drzewem. Nie takie rzeczy już się zdarzały.
Od bliźniaków dzieli mnie nie więcej niż dziesięć kroków, kiedy wreszcie dostrzegam trzeciego chłopaka. Staję jak wryty. Próbuję sobie wmówić, że to nie może być on, przecież wyjechał do miasta przeszło cztery miesiące temu. Niestety, tracę wszelkie złudzenia, gdy słyszę aż nazbyt znajomy głos. Głos człowieka, który poucza ptaki jak latać, a ryby jak pływać:
– Zwierzę dobrze oskórowane to zwierzę oskórowane na żywca.
Nimrod.
– O, Theron! – przemądrzalec udaje, iż dopiero mnie zauważył. Jednak zaskoczona mina średnio mu wychodzi, gdyż nie potrafi zapanować nad drwiącym uśmieszkiem. – Jakże się cieszę, że cię widzę. Myślałem, żeś już dawno wyjechał. Ale wiesz co, nie żałuj, że tego nie zrobiłeś. Wielkie miasto to tylko brud i smród. Okropne miejsce, nieodpowiednie dla kogoś takiego jak ja. Nie potrafili mnie tam docenić. Oczywiście, wuj błagał, ażebym został i dalej pomagał w prowadzeniu interesów, lecz już zdecydowałem. Moje serce należy do tej ziemi. Wróciłem, aby pójść w ślady mego szlachetnego ojca. Czyż to nie wspaniałe

Burczę coś w odpowiedzi. Zastanawiam się, czy po prostu nie odwrócić się i nie uciec. Pewnie lada chwila Grosvenor oświadczy, iż próba została odwołana. Możemy sobie mieć dobre charaktery, nieprzebrane pokłady cierpliwości oraz wszelkie możliwe talenty, ale to Nimrod jest synem poprzedniego myśliwego, nauczyciela Grosvenora. Nie zdziwię się specjalnie, jeśli ze względu na pamięć mistrza młody łowca wybierze właśnie jego.
Sądząc po kwaśnej minie, Wilder podziela moje obawy. Jedynie Jaeger, jak zawsze, zdaje się niczym nie przejmować. Wbija wzrok gdzieś w przestrzeń, uśmiechając się przy tym głupkowato. To nie jego wina. Od urodzin jest trochę powolny, ale nikt mu z tego powodu nie dokucza. Nimrod raz się odważył, dlatego teraz ma kilka zębów mniej. Wilder umie się bić, a dla brata jest gotów zrobić wszystko.
Przyznam szczerze, miałem cichą nadzieję, iż po tym laniu bezczelny chłopak wyprostuje się nieco. Niestety, okazuje się, że Nimrod jest jednym z tych ludzi, którzy nie potrafią uczyć się na błędach.
– Mimo wszystko – ciągnie – żal mi nieco wuja. Właśnie trafił się staruszkowi ogromny kontrakt, dzięki mnie, oczywiście. Zupełnie nie wiem, jak sobie biedaczek sam ze wszystkim poradzi. Nie chcę się chwalić, ale przez te kilka miesięcy stałem się jego prawą ręką. Chciał nawet wydziedziczyć swych rodzonych synów i wszystko przekazać mnie.
Tymczasem Alu podbiega do nas na tych swoich śmiesznych króciutkich nóżkach.
– O, cześć, Nimrod! – krzyczy najsłodszym, najniewinniejszym głosem, na jaki ją stać. – Czyli to jednak prawda, wuj rzeczywiście przegnał cię na cztery wiatry. Nie przejmuj się, prowadzenie kramu z warzywami wcale nie jest takie łatwe, każdemu mogło się nie udać. Naprawdę podpaliłeś cały targ? Ponoć wuj tak cię po tym przeklinał, aż kamienie pękały, zaś testament zmienił w taki sposób, abyś nie dostał ani centa, chociaż jesteś jego jedynym krewnym płci męskiej. Słyszałam, że krzyczał: „Wolę zostawić wszystko babom niż takiemu…”
Niedoszły sprzedawca warzyw czerwienieje coraz bardziej, a my (oprócz Jaegera, który jak zwykle nic nie rozumie) niemal się dusimy, usiłując stłumić śmiech. Wreszcie Nimrod wybucha:
– Co to ma być?! Czyżby Theron Mężny zląkł się jednej przerośniętej kozy i postanowił przyprowadzić obstawę? Strzeżcie się potwory, mała siostrzyczka nadchodzi! – Spogląda na mnie wyniośle. – Lepiej natychmiast odpraw ją do domu, Theronie Mężny. Łowy to nie miejsce dla dzieci. Nie możemy jej ze sobą zabrać.
– Musimy.

Aż podskakujemy z zaskoczenia (wszyscy, Jaeger także). Nie wiemy, kiedy nadszedł. Jestem pewien, że nie słyszałem żadnych kroków. Zupełnie jakby Grosvenor nagle wyrósł za naszymi plecami.
– Jednorogi – zaczyna wyjaśniać myśliwy – nie reagują na żadne przynęty. Jedynie nieskażona cnota jest w stanie je zwabić. Kiedy jednorożec zwęszy dziewicę, natychmiast przybywa, aby złożyć łeb na jej kolanach. Jest przy tym tak otumaniony, iż nie wyczuwa zaczajonych w krzakach łowców.
Grosvenor. Czarne kręcone włosy, oczy jak węgle oraz ogorzała skóra. Wszystkie dziewuchy zawsze za nim latały. Młody, bardzo młody, ledwie kilka wiosen starszy od nas. Sam byłby jeszcze tylko uczniem, gdyby nie nadszedł morowy wiatr, który zabrał ze sobą jego mistrza, rodziców Wildera i Jaegera, mego ojca oraz trójkę młodszego rodzeństwa, a także wielu innych mieszkańców wioski.
Nimrodowi nareszcie udaje się zamknąć do tej pory szeroko otwarte usta. Znów przybiera chwacką pozę.
– Dobrze, ale czy to… – Wskazuje na Alu. Dziewczynka próbuje ugryźć go w palec, lecz chybia. Szkoda. – W ogóle się liczy jako dziewica? Przecież ledwo toto od ziemi odrosło.
– A ma któryś z was starszą siostrę lub zna jakąś inną dziewicę?
Milczymy. Zaraza zabrała wielu. Zarówno mężów, jak i kobiety. Ci, którzy przeżyli, na gwałt starają się odbudować populację. Dosłownie.
– Ni-nimrod ma-a sio-sio-siostrę – ni stąd ni zowąd wypala Jaeger.
Zapada bardzo nieprzyjemna cisza. Nawet owady przestają bzyczeć, a słońce jakby słabiej przyświeca. O starszej siostrze Nimroda nikt głośno nie wspomina. To ponoć ona sprowadziła morowe powietrze.
Milczenie wreszcie przerywa Grosvenor.
– Pójdźmy – mówi.
Wchodzimy w las.

***

Po drodze natrafiamy na polankę. Niewielka, słoneczna, niemal idealnie okrągła. Zupełnie jak na gobelinach i w balladach. Dlatego dziwię się, gdy mijamy ją bez słowa. Grosvenor udziela odpowiedzi, jeszcze zanim zadam pytanie.
– Gdyby łowy na jednorożce były tak łatwe, jak opisują je bajki, na każdym ulicznym straganie można by było kupić skóry bielsze niż śnieg oraz cudowne rogi.
Idziemy dalej.

***


– Niebywałe!
– Wspaniałe!
– Śliczne!
– Ka-ka-kamień!
– Pff, nic specjalnego.
Myśliwy uśmiecha się po raz pierwszy od czasu zarazy.
– Dalej jest więcej.
Z żalem zostawiamy pokrytą mchem kolumnę, tak wielką, iż w pierwszej chwili wzięliśmy ją za prastare drzewo.
Wchodzimy jeszcze głębiej w las.

***


Grosvenor mówił prawdę. Im dalej w las, tym więcej ruin. Wkrótce staje się jasne, że to szczątki wielgachnego pałacu albo nawet całego miasta. Nie wiem, kto je zbudował, ale na pewno nie ludzie. Wszystko jest zbyt ogromne. Nigdy nie widziałem takich zdobień. Zdają się wić niczym węże. Niektóre przypominają oszalałe konie w pełnym galopie. Materiał, z którego zostały wykonane budowle, również jest dziwny. Owszem, słyszałem już o marmurze, ale to chyba nie to. Jest zdecydowanie zbyt ciepłe w dotyku.

***


Cisza.
Nie ma śpiewu ptaków ani brzęczenia owadów. Nawet drzewa nie szumią. Zupełnie jakby ta część lasu była martwa.
Nimrod nie byłby sobą, gdyby nie zakłócił panującego wokół spokoju.
– Ależ ludzie są głupi! Tylko spójrzcie na te kamulce. Tyle wspaniałego budulca marnuje się w lesie. Dlaczego jeszcze nikt go stąd nie zabrał?
– Kiedyś kilku postanowiło spróbować.
– I co?
– Nie wiadomo. Nikt ich więcej nie widział.

***

– Theron – szepcze Alu. – Boję się.
Ściskam maleńką dłoń, aby dodać siostrze odwagi.
Sobie też.

***

Myliłem się.
Powiedziałem wcześniej, że wokół panuje spokój.
Myliłem się.
Las na coś czeka.

***

Z dziedzińca nie pozostało prawie nic, ledwie kilka kamiennych płyt. Nieliczne kolumny są albo przewrócone, albo połamane, niemal całkowicie porośnięte mchem oraz bluszczem. Tylko pośrodku bieli się fontanna, zupełnie jakby zbudowano ją nie dalej jak wczoraj. W środku tryska najczystsza woda, jaką kiedykolwiek widzieliśmy. Grosvenor zabrania nam jej pić. Aludra ma usiąść na brzegu fontanny i czekać. Tymczasem my się ukryjemy. Wilder oraz Jaeger w pobliskich zaroślach, ja i Nimrod w krzakach po drugiej stronie, natomiast młody myśliwy za największą z ocalałych kolumn. Nim wykonam polecenie, sprawdzam, czy Alu naprawdę nie grozi upadek do zaklętej wody. Już mam odejść, gdy siostra chwyta mnie za rękaw.
– Theron. – Głos jej drży, a oczy ma wielkie jak spodki. – Theron, a co jeśli jednorożce mają tu w lesie taki sam świat jak my? Co jeśli to one zbudowały to wszystko?
Śmieję się, jednak jest to śmiech słaby oraz wymuszony.
– Nie pleć bzdur, Alu. – Głaszczę złocistą główkę. – To tylko zwierzęta.
– Dokładnie – wtóruje ukryty w krzakach Nimrod. – To tylko głupie zwierzaki!

***

Łuki nie są napięte, jednak trzymamy je w pogotowiu. Wystarczy kilka sekund, aby nałożyć strzałę, wycelować i wystrzelić.
Czekamy.

***


Wreszcie nadchodzi jednoróg.
Nie jest podobny do stworzeń z gobelinów oraz baśni. Owszem, futro rzeczywiście ma bielsze od śniegu, lecz przypomina bardziej skrzyżowanie koźlątka z sarenką niż konia. Pośrodku czoła wyrasta mu niewielki róg, właściwie różek. Jest to chyba najbardziej urocze zwierzątko pod słońcem. Ostrożnie podchodzi do Alu, po czym składa łebek na jej kolanach. Moja siostra uśmiecha się po raz pierwszy, odkąd ruiny przestały zachwycać, a zaczęły przerażać. Drapie zwierzątko za kosmatym uszkiem.
– Zupełnie jak w pieśniach – mamrocze Nimrod. – Ależ głupie te jednorożce.
Napina łuk.
Nie mogę na to pozwolić. Przecież obiecałem Aludrze! Sądząc po rogu, stworzenie nie ma nawet roku. Ojciec miał rację, może to nie jest ryba, ale nie wolno zabijać zbyt młodych sztuk, zwłaszcza na oczach dziewięcioletniej dziewczynki. Jak zareaguje Alu, gdy jej nowy czworonożny przyjaciel zmieni się w pokrytego strzałami jeża? Po czymś takim dziecko może się nie pozbierać do końca życia.
Do końca życia…
Wyruszając na polowanie, sądziłem, iż jednoróg będzie dorównywał wielkością koniom. Tymczasem cel okazał się być nieco większy od psa. A Wilder oraz Jaeger nie najlepiej radzą sobie z łukiem, szczególnie Jaeger. Co, jeśli któryś z nich spudłuje? Co, jeśli ktoś trafi moją maleńką siostrzyczkę? Muszę przerwać łowy. Wstaję.
To ratuje mi życie.
Róg, który miał przebić plecy, tylko rozcina udo. Aludra zaczyna krzyczeć. Później wszystko dzieje się błyskawicznie, a zarazem powoli.
W łuku Nimroda pęka cięciwa. W moim też.
Grosvenor wpada pomiędzy nas a jednorożca. Nie podobnego do kózki, milutkiego stworka – prawdziwego jednorożca. Bestia przypomina nieco sarnę, ale taką, której ojciec był spotworniałym rumakiem bojowym.
– Uciekajcie! – wrzeszczy myśliwy.

Nimrod chwyta mnie i usiłuje holować. Nie stawiam oporu, ale i nie pomagam mu zbytnio. Nie mogę przestać patrzeć.
Widzę, jak potwór szarżuje na Grosvenora niczym byk. Młodzieniec robi zręczny unik.
Widzę, jak jednoróg staje dęba, próbując uderzyć myśliwego jednym z rozdwojonych kopyt. Znów trafia w próżnię.
Widzę, jak Grosvenor rusza do ataku. Walczy dosyć długim sztyletem. Jego łuk leży kilka kroków dalej. Cięciwa pękła identycznie jak u mnie oraz Nimroda.
Widzę, jak młody łowca usiłuje ciąć, jednak tam, gdzie sekundę wcześniej znajdował się brzuch zwierzęcia, teraz jest zad. Bestia kopie zupełnie jak koń.
Chrupot.
Widzę, jak Grosvenor pada zgięty pod dziwnym kątem.
Mlaszczący dźwięk. Z przeciwnej strony. Kolejny jednorożec. Jaeger leci do tyłu. Dziwne. Ludzka czaszka wygląda na taką twardą, a jego wgięła się jak skorupka jajka. Wilder rusza na pomoc bratu. Wybałuszone oczy. Piana na ustach. Nie wie, co robi. Lada moment sam się nadzieje na róg.
– Przestań wreszcie kontemplować widok i biegnij – cedzi Nimrod przez zaciśnięte zęby.
Biec.
Bardzo chciałbym, ale nie mogę. Noga pali żywym ogniem. Skóra wokół rany przybiera ohydny zielonkawy odcień. Marzę o tym, aby się położyć i zasnąć.
Zasnąć. Och, jakże łatwo byłoby zasnąć! Tym bardziej że krzyk wreszcie ucichł.
Krzyk ucichł.
– Alu… Alu! ALUDRA!
– Nie drzyj się, tylko biegnij!
– Moja siostra!
– Nic jej nie zrobią, jest dzie… Cholera!
Znikąd wyrasta przed nami jednoróg. Chyba ten sam, który mnie ranił, ponieważ ma tylko trochę krwi na rogu. Osuwam się na ziemię. Początkowo myślę, że Nimrod pozbył się zbędnego bagażu, po czym po prostu uciekł. Wkrótce jednak staje się jasne, jak bardzo się myliłem. Jak bardzo wszyscy się myliliśmy.
Nimrod, pyszałkowaty chłopak, z którego wszyscy drwiliśmy, któremu Wilder parę lat temu wybił kilka zębów, na którego widok dziś rano zrobiłem kwaśną minę. Ten Nimrod rzucił w jednorożca szyszką, a następnie zaczął uciekać, wściekle machając rękami.

Odciąga uwagę. Ode mnie.
Nie dobiega daleko. Dosłownie w ostatniej chwili wspina się na drzewo. Wykręcam się, jak mogę, aby dokładnie widzieć, co dzieje się z Nimrodem. Wreszcie udaje mi się usiąść. Dlatego widzę, jak wokół rogu oprawcy pojawia się migotliwa poświata. Nagle chłopakiem zaczyna targać niewidzialna siła. Niedoszły uczeń myśliwego z całej siły wczepia się palcami w korę, jednak nierówna walka nie trwa zbyt długo. Siła wreszcie odrywa Nimroda od pnia i unosi wysoko w powietrze. Jest taki zdumiony, kiedy na jego ciele pojawiają się nacięcia. Nie powinien się dziwić, przecież rano sam mówił: „Zwierzę dobrze oskórowane to zwierzę oskórowane na żywca”.

***

Siedzę sobie spokojnie i się wykrwawiam.
Skóra Nimroda kołysze się na wietrze, a jej były właściciel w niewyobrażalnych mękach zdycha na trawie. Nad krwawym strzępem stoją dwa jednorogi. Wyglądają na bardzo zadowolone z siebie. Zastanawiam się, czy to samo spotkało moją małą Alu.
Nagle pojawia się kolejny jednorożec. Tego jeszcze nie widziałem. W przeciwieństwie do innych nie jest pokryty krwią. Przystawia pysk do mojej twarzy. Czuję ciepłe powietrze bijące z jego nozdrzy. Nim jestem w stanie się przestraszyć, pochłania mnie kojąca ciemność.

***

– Leia, coś ty najlepszego zrobiła! – rży Kartazona. – Przecież wiesz, że najlepiej ściągać skórę, gdy zwierzak jest ciepły, a krew krąży mu w żyłach.
– Wiem – odpowiada niesplamiona krwią jednorogini. – Dlatego, w przeciwieństwie do ciebie, nikogo nie zabiłam.
– Ale… – Kartazona znacząco spogląda w stronę nieruchomego człowieka.
– Śpi tylko. Bardzo głęboko, ale jedynie śpi. Teraz nic go nie boli.
– Ach, ty i ten twój equinitaryzm. Kompletnie nie znasz się na sporcie. Dobra, idę teraz oskórować tamtego z uszkodzoną głową. A o tego drugiego mnie nie obwiniaj, sam się wpakował na róg, głupi robak. Taka skóra, takie ładne trofeum, całkiem zniszczone.
Odchodzi, nieustannie gderając sama do siebie. Tymczasem Leia zwraca się do trzeciej jednorogini.
– Monokero…

– Tak, wiem. Zabiłam tego człowieka z nożem. Trzeba będzie ściągać skórę na zimno. Strasznie mi przykro.
– Nie o to mi chodzi. – Ze smutkiem patrzy na krwawy ochłap, który niegdyś był dzielnym, młodym samcem. – Mogłaś go chociaż znieczulić.
– Po co? Przecież to tylko durny zwierzak.
Niespodziewanie zza drzewa wybiega niespełna roczny źrebak.
– Leia! Leia!
– Tak, braciszku?
Mały jednorożec w jednej chwili traci całą pewność siebie. Nerwowo przestępuje z kopytka na kopytko.
– Bo widzisz, umm…
Jest tak uroczy, że jednorogini nie może się powstrzymać. Czule szczypie młodszego brata w nasadę szyi.
– Doskonale się dzisiaj spisałeś, Re’em. I nie martw się, bardzo dobrze pamiętam, co obiecałam. Chodź, pójdziemy po twoją nagrodę.

***

W zbiorach muzeum The Cloisters znajdziesz setki, jeśli nie tysiące unikalnych dzieł z okresu średniowiecza, jednakże wszystkie przyćmiewa wspaniały cykl siedmiu późnogotyckich gobelinów. Stanowią one coś w rodzaju komiksu. Każdy przedstawia inną scenę z pewnego wyjątkowego polowania. Zobaczysz pięciu myśliwych wkraczających do lasu wraz z psami, niczego nieświadomego jednorożca spokojnie nurzającego róg w fontannie, powoli zacieśniający się krąg prześladowców, zaszczute zwierzę przesadzające rzekę, następnie zagonione w ślepy zaułek, rogiem walczące o wolność, psa z rozprutym brzuchem, wreszcie okrutnie poranionego, pokonanego jednoroga wiedzionego do zamku. Ostatni, a zarazem najbardziej znany spośród arrasów przedstawia jednorożca w niewoli. Za okrągłym ogrodzeniem, pośród morza kwiatów, leży przykuty do drzewa przypominającego granatowiec. Wokół fruwają niezliczone motyle oraz ważki. Cel stworzenia oraz wymowa owych siedmiu gobelinów do dziś pozostają niejasne. Istnieje jednak jeszcze bardziej tajemnicza Ósma Tapiseria.
Niewielu ludzi zdaje sobie sprawę z jej istnienia. Możesz spędzić godziny w Sali Tapiserii Jednorożca. Możesz uważnie przeszukać wszystkie inne: Romanesque, Notre-Dame-de-Ponaut, gotycką, Dziewięciu Herosów, Boppard, Campin, a także późnogotycką. Możesz cały obszar muzeum dokładnie zbadać przy pomocy lupy oraz satelity, a po zamknięciu włamać się do skarbca. Ósmej Tapiserii nie znajdziesz.

Możesz poszukać wejścia do rzekomo nieistniejących podziemi The Cloisters. Możesz nawet je znaleźć. Możesz natrafić w nich na dziwaczny sarkofag ozdobiony symbolem przywodzącym na myśl krzyż templariuszy. Możesz unieść kamienne wieko, o ile jesteś wystarczająco silny, oczywiście. Możesz z niejakim zdumieniem stwierdzić, iż w środku znajdują się prowadzące w dół schody. Możesz z nich skorzystać. Możesz znaleźć się w wiernej kopii labiryntu Minotaura. Możesz ominąć wszystkie starożytne pułapki oraz bardziej nowoczesne zabezpieczenia nieprzyjemnie przypominające te stosowane przez panów z Pentagonu. Możesz wreszcie dotrzeć do środka labiryntu. Możesz stanąć przed ogromnymi drzwiami pancernego sejfu. Możesz przypadkowo wpisać właściwą kombinację. Możesz do końca życia stać, gapiąc się na zgromadzone w środku skarby – cuda, które nie przyśniłyby się człowiekowi nawet po końskiej dawce narkotyków. Jednak wszystko na nic. Tam też nie ma Ósmej Tapiserii.
Ósma Tapiseria znajduje się w niewielkim, ciemnym pomieszczeniu wraz z innymi eksponatami czekającymi na renowację, lecz w przeciwieństwie do nich nigdy nie jest ani nie będzie wystawiona. Jedynie leży i zbiera kurz. Pośród dziesiątków innych gobelinów oraz arrasów. Na wierzchu. Równie niewidoczna, jak skradziony list na taniej półce na kartki, testament leżący na biurku, biały kruk wciśnięty między zwykłe książki.
Na pierwszy rzut oka wydaje się być identyczną kopią ostatniej sceny Polowania na jednorożca. To samo ogrodzenie, kwiaty, drzewo, a także motyle i ważki. Jednakże już po chwili dostrzeżesz istotną różnicę.
Stworzeniem przykutym do pnia granatowca jest mała dziewczynka.


KONIEC