Coś takiego zdarzyło mi się po raz pierwszy w życiu. Odkąd sięgam pamięcią, zawsze wiedziałam, co i jak napisać w pracy domowej, a tym razem usiadłam… i nic! Pustka! Zupełnie nie wiedziałam, o czym mam pisać.
Jeszcze raz przeczytałam temat. Brzmiał następująco: Gdyby tobie miała się ukazać zjawa, co to byłaby za postać i co by przekazała. Niestety dalej nie wiedziałam, co powinnam napisać, dlatego zrobiłam to, co zwykle robię w takich wypadkach. Zajrzałam do słownika. Hasło zjawa było wyjaśnione następująco: widziadło, widmo, mara, widzenie senne.
Widzenie senne, to mi coś przypomina”, pomyślałam i poczułam, że olśnienie jest tuż-tuż, gdy...
– Pani, którędy na Grunwald?
Odwróciłam się. Mym oczom ukazała się półprzezroczysta postać rycerza. Ogarnęła mnie wściekłość. Pomysł na wypracowanie był tak blisko, a przez martwego od kilkuset lat faceta z garnkiem na głowie wszystko mi umknęło! Dlatego, zamiast dać duchowi mapę Polski, fuknęłam:
– Prosto, a potem w lewo!
– Bóg zapłać – powiedział, po czym zniknął.
Zrobiło mi się trochę głupio. Duch od ponad sześciuset lat szukał Grunwaldu, a ja tak go potraktowałam! Postanowiłam naprawić swój błąd i spróbowałam przywołać rycerza. Chyba jestem kiepskim medium, bo zamiast niego pojawił się Duch Kocmołuch.
– Czego? – spytał.
– Czy znasz rycerza, który był tu przed chwilą? – Co mi szkodziło zapytać?
– Nie! – odpowiedział.
– Pomógłbyś mi napisać opowiadanie? – spytałam z nadzieją.
– Ja niepisaty – mruknął i już go nie było.
Westchnęłam rozczarowana. Musiałam sama uporać się z pracą domową. Jednak czekała mnie przykra niespodzianka. Podczas gdy byłam zajęta rozmową z Kocmołuchem, chochliki skorzystały z okazji i zalęgły się na biurku. Tańczyły sobie teraz po moich notatkach. Wziąwszy głęboki wdech, spokojnie poprosiłam, aby sobie poszły. Nie poskutkowało. Chochliki zaczęły się śmiać i pokazywać mi pewne obraźliwe gesty. Zagroziłam, że jeśli za chwilę się nie wyniosłą, to poszczuję je białymi myszkami. Poskutkowało. Wszystkie, co do jednego uciekły w panice.

Niestety, tego dnia nie było mi dane zaznać spokoju. Na stole pojawiły się dwie białe myszki.
– Wzywałaś nas? – spytały.
– Nie – jęknęłam.
– A mnie? – zapytał krasnoludek, wychodząc spod szafy.
– Nie! – wrzasnęłam, ciskając w niego butem.
Był szybszy. Zdążył się uchylić. Białe myszki też gdzieś sobie poszły. Z szafy wystawił trąbę ciekawski różowy słoń, ale gdy zorientował się, że nie jestem w nastroju do zabawy, schował się z powrotem.
W tym momencie rozległo się stukanie, a otaczające mnie przedmioty zaczęły unosić się w powietrzu. Tak zachowuje się tylko najbardziej irytujący duch na świecie – poltergeist. Ten typ zjawy przypomina małe dziecko. Jeśli go zignorujesz, po kilku godzinach da ci spokój, jeżeli pokażesz mu, że jego zachowanie działa ci na nerwy, będzie psocił przez długie miesiące. Na szczęście mam niezawodny sposób na poltergeista straszącego w moim domu.
– Skoro już tu jesteś, to czy mógłbyś skoczyć po mleko? – zapytałam – Właśnie się skończyło.
Stukanie umilkło, przedmioty wróciły na swoje miejsca. Ilekroć go o coś proszę, poltergeist znika gdzieś na pół roku.
– Wypiję twoją krew! – syknął wampir materializując się tuż obok mnie.
Rzuciłam mu mordercze spojrzenie.
– Przepraszam – pisnął przerażony.
Zmienił się w nietoperza i wyleciał przez uchylone okno. Biedaczek, nie zauważył, że jest piękny, słoneczny dzień. Po chwili została z niego jedynie kupka popiołu.
Nie wiadomo kiedy zjawił się wilkołak. Zanim zdążył powiedzieć, o co mu chodzi, pogryzłam go dotkliwie. Uciekał jak niepyszny mrucząc pod nosem coś, co brzmiało jak:
– Ach, ta dzisiejsza młodzież! Taka nerwowa!
Odwiedzili mnie jeszcze: mumia Tutenchamona oraz zombie (pięknie płonęli po polaniu benzyną), a także gliniany golem (rozleciał się dopiero po szóstym granacie).
Wyciągając wyrzutnię rakiet ziemia-powietrze, aby zestrzelić latający talerz wiszący w powietrzu tuż nad moim oknem, doszłam do wniosku, że tej pracy domowej to chyba dziś nie odrobię.

KONIEC