Cóż teraz, królu?
Gdzie twoje wojsko? Lennicy? Dworzanie? Gdzież twa narzeczona? Jesteś tu sam. Porzucony w krzewach niczym pies bezpański leżysz. Oczy szeroko otwarte jeno pustkę widzą. Serce martwym głazem w piersi stoi. Koszula, niegdyś biała, kwitnie czerwienią. Na co ci teraz korona?
Cóż za wróg tego dokonał? Czy jak bohater w bitwie poległeś? Smok okrutny przebił twą pierś szponem? Pobił cię nieprzyjaciel przybyły zza morza? Dzieło to złego czarnoksiężnika? Nie! To twój brat własny ciosem zdradziecko zadanym miłość okazał.
Cóż teraz, królu?
Czy zaraz przybędą poddani? Łzami rzewnymi ranę śmiertelną obmyją? Lament podniosą? Do miasta ciało zabiorą? Godny pochówek przygotują? Gdzież oni są? Jesteś tu sam. Gdzie ci, którzy mienili się być przyjaciółmi twemi?
Są! Przybywają jedyni żałobnicy: trzy kruki.
Żadna dłoń nie zamyka powiek, lecz martwe oczy już nie patrzą. Pierwszy ptak lewe wydziobuje, drugi prawe. Co z trzecim krukiem? Cóż się jemu dostanie? On dziób potężny w pierś wbija. Wyjmuje serce. Połyka.
Wiatr po dolinie krakanie niesie, co śmiech przypomina.

***

– Dlaczego płaczesz, Birgitte? Przecież niczego ci nie brakuje. Oczy twe jak gwiazdy, włosy niczym łan zboża, a w szkatule liczne klejnoty. Osusz więc swe lice. Obdarz świat uśmiechem. Nie płacz już, Birgitte.
– Jakże mam nie płakać? – rzeczesz. – Już osiemnasta wiosna mi mija, a ja nie mam narzeczonego!
– Nie masz? A twój luby – król Hákon? Jeszcze niedawno cię na rękach nosił, nieba gotów był ci przychylić. Co z nim?
– Hákon nie żyje.
– Nie żyje!? Jakże to?! Kiedyż był pogrzeb? Gdzież jego mogiła?
– Nie było pogrzebu. Nie ma mogiły. Król przepadł bez wieści. Od miesięcy go nie widziano. Och, ja nieszczęsna! Cóż teraz pocznę?
– Nie rozpaczaj, Birgitte! Może twój miły żyje? Może wkrótce powróci?

– Nawet jeśli, cóż z tego!?
– Ależ…?
– Hákon nazbyt długo nie dawał znaku istnienia. Utracił koronę. Nawet jeśli powróci, już jej nie odzyska. Teraz na tronie zasiada brat jego – Ryker. Zabiegałam o jego względy, lecz mnie odtrącił!
– A Hákon? Cóż z nim? Czyż go nie kochasz?
Ty w głos się śmiejesz.
– Hákon bez tronu równie dobry jak martwy. Czymże jest miłość wobec władzy?!
– Więc tego pragniesz – być królową? Jeno to się dla cię liczy?
– Tak!
Wtem, chociaż dzień to, słońce znika. Zapada ciemność. Nie ma gwiazd ni księżyca. Na gałęzi drzewa ogromny kruk siada. Pióra jego bardziej niźli noc czarne, dziób od miecza potężniejszy być się zdaje.
– Cóż byś dała, Birgitte, – ludzkim głosem przemawia – za bycie królową?
– Wszystko – bez namysłu odpowiadasz. – Magiczny ptaku, spraw, aby Ryker mnie swą małżonką uczynił, a dostaniesz, co zechcesz.
– Niech więc tak będzie – kruk rzecze. – Już niedługo będziesz królową.
Ptak odlatuje, słońce powraca. Myślisz, iż jeno ci się śniło. Jeżeli to była zaledwie mara, Birgitte, dlaczego drzewo uschło? Dlaczego, gdy wracasz do zamku, Ryker na kolana pada i o rękę prosi?

***

Cóż to za wrzawa? Co to za hałasy?! Czyżby wojna jaka!?
Nie, to nie wojna, jeno święto wielkie. Królowa Birgitte powiła dziecię. Król Ryker ma syna!

***

I jak tam, Birgitte? Czy jesteś radosna? Dostałaś wszystko, czego pragnęłaś. Masz uwielbienie ludu oraz skarbiec pełen dukatów. Na twej głowie korona ze złota, a przy piersi dziecię. O tak, radujesz się wielce. Jeno, czy o czymś nie zapominasz?
Oto, mimo południa, świat znów ciemnieje. Przez okno ogromy kruk wlatuje.

– Witaj, Birgitte – ptak przemawia. – Pamiętasz o swym przyrzeczeniu? Ja mej części umowy dotrzymałem. Teraz pora na ciebie. Przybywam po zapłatę.
– Błagam, – odpowiadasz – nie bierz zbyt wiele. Skarbiec królewski świeci pustkami.
Birgitte, jak ty pięknie kłamiesz! Gdybyś zechciała, mogłabyś kąpać się w złocie, lecz żal ci rozstać się z chociażby jedną monetą. Nie musisz obawiać się o swe bogactwo, gdyż oto kruk odzywa się w te słowa:
– Nie klejnotów, ni srebra, ni złota pragnę, Birgitte.
Głaz ci z serca spada, jednakże na krótko. Ptak się na ciebie rzuca. Jedynego potomka z rąk porywa. Krzyczysz, walczysz, wszystek wysiłek na nic. Kruk odlatuje z niemowlęciem w dziobie.

***

Cóż to za równina? Wygląda znajomo. Czy to nie tu…? Tak! To owo miejsce! Wciąż jeszcze widać pożółkłe, suche kości – tyle zostało z Hákona.
Dziecię w dziobie kruka kwili. Ptak kładzie swą zdobycz na ziemi, tuż obok szczątków króla. Przez chwilę patrzy na królewicza, po czym uderza. Z maleńkiej piersi krew tryska strumieniem. Ciałko nieruchomieje, łkanie ustaje. Kruk w dziobie serduszko dziecięce trzyma. Łapczywie je pożera.
Wiatr po dolinie śmiech niesie, co brzmi niczym krakanie.

***

Cóż teraz uczynisz, Rykerze? Twój jedyny syn, dziedzic porwany przez bestię. Cóż uczynisz?
Pośpiesznie zbierasz drużynę – najdzielniejszych mężów, kwiat rycerstwa. Wyruszasz wraz z nimi na poszukiwanie porywacza. Liczysz, iż chłopca żywego odnajdziesz.
Wędrujecie długo, przemierzacie dziesiątki krain. Szukaliście potwora i go wypatrzyliście. Drogę zagradza wam olbrzym. Stwór bezlitosny, zbrojny w maczugę, żaden oręż się go nie ima. Chociaż rycerze mężni, rady dać mu nie mogą. Jeden po drugim pada. Wkrótce sam na placu boju zostajesz. Czujesz, iż sił ci zaczyna brakować. Czy przyjdzie ci tu umrzeć?
Wtem zjawia się Czarny Rycerz. Gołymi rękoma giganta obala. Mięśnie rozrywa, kości miażdży, gruby kark skręca.

– Wielkie ci dzięki, mości rycerzu – powiadasz. – Tobie zawdzięczam me życie. Odsłoń twarz skrytą przez przyłbicę. Zdradź swoje imię. Niech wiem, kto mym wybawcą.
– Wybaczcie mi, panie – rzecze. – Nie mogę tego uczynić. Złożyłem śluby. Póki ich nie spełnię, nie wolno mi zdradzać mojego oblicza.
– Ocaliłeś mi dziś życie. Pragnąłbym się odwdzięczyć. Powiedz słowo, a obsypię cię złotem.
– Nie pożądam bogactwa.
– Czegóż zatem chcesz? Co mogę ci podarować?
– Od dawna już błąkam się po świecie – odpowiada. – Sam, bez domu. Nie mam nawet gdzie swej głowy złożyć. Pozwól mi iść ze sobą. Zabierz mnie na dwór swój.
Ty zaś Rykerze przytakujesz skwapliwie, ciesząc się, żeś się wykpił tak niskim kosztem. Nic sam nie dajesz, a potężnego sprzymierzeńca zyskujesz – tak właśnie ci się wydaje.

***

Kimże jest ów rycerz tajemniczy? Czyż nie jest wspaniały? W walce nie ma sobie równych, wygrywa wszystkie turnieje. W potyczce na kopie samego króla Rykera pokonuje.
Wszystkie damy doń wzdychają. Ty również, nieprawdaż, Birgitte? Chociaż posiadasz małżonka, Czarnego Rycerza miłością występną darzysz. Spokoju mu nie dajesz. Ciągle nagabujesz. Mąż ten pokonał setki wrogów, lecz z tobą szans nie ma. W końcu ulega. Zostanie twym kochankiem. Odsłoni przyłbicę i wyjawi swe imię. Jednakże stawia warunek jeden. Obawia się, aby król was na grzechu nie pochwycił. Daje ci zioła nasenne. Masz je z napojem podać mężowi.
Zgadzasz się ochoczo. Mieszasz zioła z winem, kielich Rykerowi wręczasz. On, podstępu nie upatrując, bierze czarę i płyn wypija. Jak kamień zasypia.
Zjawia się Czarny Rycerz. Dopiero teraz lęk się w twym sercu rodzi. Co, jeśli twój mąż się zbudzi?
– Nie lękaj się swego małżonka, królowo – odpowiada. – On już nie powstanie. W najgłębszy ze snów zapadł.
To mówiąc, przyłbicę ściąga. Znasz go, prawda, Birgitte? Twarz upiornie blada, oczy zapadnięte w głąb czaszki. Mimo to go poznajesz.
– Jam jest król Hákon!

***

Cóż się dzieje? Czy to krzyczy królowa?
Do komnaty wpadają straże. Pusto, nikogo nie ma. Pani Birgitte ani śladu.
Jeno wiatr za oknem niesie… trudno stwierdzić, śmiech ludzki to czy krakanie ptasie.


KONIEC