Pustynne słońce prażyło niemiłosiernie. Budynki bazy zdawały się falować wraz z rozgrzanym powietrzem. Generał Brown zaklął, ocierając czoło.
– Przeklęta pogoda.
Wysiadł z wojskowej furgonetki. Niemal natychmiast znalazł się przy nim major Jenkins. Generał z zazdrością popatrzył na podwładnego. Młodemu Mulatowi upał zdawał się w ogóle nie przeszkadzać.
– Meldujcie, majorze. Z reaktorem wszystko w porządku?
– Tak jest, sir. Za kwadrans powinniśmy mieć wystarczającą ilość mocy do wykonania eksperymentu.
– Doskonale, Jenkins. Prowadź.
Ruszyli po miękkim jak błoto asfalcie prosto w stronę nieciekawego z wyglądu budynku.
Oficjalnie generał Brown miał osobiście nadzorować rozruch reaktora nowej generacji. Najlepsze kłamstwo to takie, w którym znajduje się ziarnko prawdy. Wiadomość o wysokim prawdopodobieństwie wybuchu jądrowego powinna skutecznie odstraszyć większość pismaków. Resztą zajmą się setki detektorów ruchu, a także patrole, zarówno lądowe jak i powietrzne.
Wsiedli do windy. Major wcisnął guzik najniższego poziomu. Gdy nań dotarli, wsunął w ledwie widoczną szczelinę kartę identyfikacyjną. Zjechali sześć pięter niżej.
Przed wejściem do laboratorium musieli poddać się weryfikacji głosowej. Wreszcie pancerne drzwi rozsunęły się z sykiem. W środku uwijało się osiemnastu ludzi w białych kitlach. Wszyscy, co do jednego – nawet kobiety – okularnicy. Generałowi nie udało się powstrzymać grymasu obrzydzenia. Miał alergię na jajogłowych.
Od jaśniejącego blaskiem kontrolek panelu oderwał się jowialny staruszek.
– Ach, witam, panie generale.
– Profesorze Nowak…
– Proszę tylko spojrzeć. – Gestem kustosza prezentującego eksponaty staruszek wskazał zawartość laboratorium. Ogromną, większą od kilku hal sportowych przestrzeń w całości wypełniał sprzęt elektroniczny. Maszyny mrugały lampkami, wyświetlały cyferki, obracały zębatkami, wyły, piszczały, bzyczały, szumiały… Generał poczuł, że zaraz dostanie migreny. – Czyż to nie wspaniałe? Wszystko zbudowaliśmy od zera, stosując jedynie najnowsze zdobycze nauki, a kilka technologii wynaleźliśmy całkiem sami. Zwłaszcza induktor temporalny nam się udał. Jednak nie można również zapomnieć o [niedorzecznie długa nazwa, dla zwykłych śmiertelników absolutnie niemożliwa do wymówienia], cudowna maszyna. Coś takiego nie śniło się nawet samemu [sześcioczłonowe imię jakiegoś truposza, o którym Brown nigdy nie słyszał]. Chociaż trzeba przyznać, iż zasada działania okazała się być zaskakująco prosta. Całość opiera się wyłącznie na [wykład brzmiący jakby tłumacz chińsko-perski przekładał go z japońskiego na sanskryt]. To oczywiste, że [sześć zdań, w których nawet przecinki nie były oczywiste]. Każdy rozumie, iż [bełkot, który mógłby pojąć jedynie sam Bóg]. Oczywiście to nie całość wyposażenia. Część segmentów oraz podzespołów znajduje się w sąsiednim pomieszczeniu. Na uwagę zasługuje także kwestia…

– Profesorze! – niemal ryknął wojskowy. Odchrząknął, po czym już spokojniej dodał: – Proszę wyjaśnić, co to tutaj robi. – Wskazał smoliście czarny sześcian rozmiarów dużego telewizora.
Wyraz twarzy naukowca nieodparcie przywodził na myśl zaskoczonego szczeniaczka. Szaroniebieskie oczy były jasne i czyste jak dwie porcelanowe kulki.
– Ale jak to… Przecież pan sam… Uprzedzałem, że faza testów jeszcze nie została zakończona. Lepiej byłoby z czymś mniejszym. No, ale pan się uparł, żeby spróbować przenieść ciężar odpowiadający masie tej pańskiej dywizji. Przecież tu chodzi o setki tysięcy kilogramów! Skąd niby miałem wziąć taki balast? Jak go tutaj zmieścić? Dobrze, że udało mi się dogadać z McPhersonem z tego drugiego tajnego laboratorium, co je tutaj macie. Wie pan, tego, o którym nie powinienem wiedzieć. Tak więc McPherson dał mi trochę tej supersubstancji, nad którą pracują. Prawdziwe cudeńko! W grę wchodzi chyba gęstość albo odległości międzyatomowe, nie do końca się orientuję, to nie moja specjalizacja. Tak czy siak, draństwo jest znacznie cięższe od ołowiu. Ten relatywnie niewielki blok waży dokładnie tyle, co pańska dywizja. Robi wrażenie, hę? Ten McPherson to naprawdę łebski gość, aż trudno uwierzyć, że Amerykanin. Bez urazy.
– Nic się nie stało – zapewnił generał, szczerząc zęby. Starannie zanotował w pamięci, aby po zakończeniu testów na Nowaka i jego doktorantów nasłać urząd imigracyjny, a McPhersona oskarżyć o zdradę tajemnicy wojskowej. – Dobrze, ale w takim razie, po co ten drugi sześcian?
– Na wszelki wypadek – do rozmowy włączył się jeden z asystentów profesora. Wyprostowana sylwetka, żywe ruchy, szczera słowiańska twarz, promienny uśmiech, błyszczące oczy, a nawet strzecha złocistych włosów – wszystko aż promieniało dziecięcym entuzjazmem oraz miłością do całego świata. Krótko mówiąc, chłopak wyglądał jak psychopata. – Gdyby Heinlein miał jednak rację…
– Heinlein? – na swe nieszczęście zapytał Brown.
Stary naukowiec jakby tylko na to czekał.

– Teoria Heinleina, bla, bla, akcja i reakcja, bla, bla, trzecia zasada dynamiki Newtona, bla, bla, MV równa się mv, bla, bla, MT równe jest mt, bla, bla, potencjał czasowy, bla, bla, przestrzeń anizotropowa, bla, bla, krzywa tłumienia temporalnego, bla, bla, prosta równoległa do osi czasu, bla, bla.
Generał rzucił Jenkinsowi błagalne spojrzenie, lecz ten jedynie stał regulaminowo wyprostowany i przysłuchiwał się wszystkiemu ze spokojem, którego stoicy mogliby mu pozazdrościć. Pomoc nadeszła z mniej oczekiwanej strony.
– To taka teoria naukowa – zaczął tłumaczyć psychopatyczny doktorant. – Według niej masa zawsze musi zostać zrównoważona. W konsekwencji, kiedy wysyłamy w przeszłość dajmy na to ołówek, w przyszłość musi trafić obiekt o identycznym ciężarze. Od razu zaznaczam, niekoniecznie drugi ołówek. Po prostu coś, co waży dokładnie tyle samo. Nasze badania jeszcze tego nie potwierdziły, ale proszę pamiętać, do tej pory nie przesyłaliśmy niczego większego od jabłka. Przy tak dużej masie jak ta dzisiejsza może dojść do załamania kontinuum czasoprzestrzennego… – Spostrzegł minę generała. – Ekhm, równoważenie masy może okazać się konieczne.
Brown nieco się zaniepokoił.
– To chyba nie będzie miało znaczącego wpływu na przydatność bojową urządzenia, prawda? Przecież można użyć nieco TAŃSZEGO balastu. – Wyraźnie zaakcentował przedostatnie słowo.
Asystent zmarszczył brwi.
– To nie takie proste. Czas to nie przestrzeń, przynajmniej nie w tradycyjnym rozumieniu tego słowa. Przeszłość, teraźniejszość, przyszłość – to wszystko pojęcia całkowicie sztuczne. Dla porównania, przed Kopernikiem i jego teorią heliocentryczną ludzie sądzili, że to Słońce krąży wokół Ziemi, ponieważ z powierzchni obracającej się planety właśnie tak to wygląda. Podobnie jest z czasem. Wydaje się, że postrzegamy kierunek jego upływu, ale jedynie dlatego, gdyż jesteśmy w nim zanurzeni. Aby dokładnie zrozumieć naturę omawianego zjawiska, musielibyśmy znaleźć się poza układem, a to niemożliwe. Nawet sporządzenie odpowiedniego modelu czy teorii nie wchodzi w rachubę. Po prostu przekracza to granice ludzkiego pojmowania. Właśnie z tego powodu na razie, podkreślam, na razie nie istnieje sposób, żeby określić, który z obiektów – hipotetyczna dywizja czy balast – trafi w przeszłość, a który w przyszłość.
– A co by się stało, gdyby tej masy nie zrównoważyć?
– Najprawdopodobniej? Powstałaby antymateria, a w najgorszym przypadku: miniaturowa czarna dziura, która wessałaby cały Układ Słoneczny.
– Hmm…

– To jak, panowie? Zaczynamy? – radośnie wtrącił profesor. Wyglądał jak dziecko tuż przed otwarciem bożonarodzeniowego prezentu. Chyba nie rozumiał, iż właśnie pod znakiem zapytania stanęła kwestia finansowania dalszych badań przez armię Stanów Zjednoczonych.
Wszyscy członkowie zespołu naukowego zajęli miejsca przy aparaturze. Nasiliły się wizgi oraz świergoty. Wojskowi oddalili się na bezpieczne pozycje. Padł komunikat o dostarczeniu przez reaktor odpowiedniej ilości mocy. Rozpoczęto odliczanie. Ręka starego profesora coraz bardziej zbliżała się do czerwonego guzika. Na czole Browna perlił się pot. Nie tylko on w napięciu oczekiwał na rezultat. Z dwudziestu osób zebranych w pomieszczeniu oznak zdenerwowania nie okazywały jedynie trzy: jak zawsze regulaminowo spokojny major, po dziecięcemu podniecony Nowak i jego jasnowłosy asystent, który dalej promieniał entuzjazmem oraz miłością.
Wreszcie stało się. Szybko i cicho, bez akompaniamentu huku czy fajerwerków. Generał przysiągłby, że mrugnął zaledwie raz, zamykając oczy na nie więcej niż ułamek sekundy. A jednak, kiedy znów je otworzył, sześcianu już nie było. Tylko jednego. Drugi czarny blok – mający pełnić funkcję balastu – stał na swoim miejscu.
Rozległy się wiwaty. Choć wypowiadane w wielu językach (niektórych bardzo dziwnych i szeleszczących), wszystkie wyrażały to samo. Heinlein się mylił. Żadne równoważenie masy nie jest konieczne. Armia dalej będzie wspierać eksperymenty. Nikt nie zostanie deportowany za Żelazną Kurtynę.
– To kładzie kres wielu zwariowanym teoriom. – Roześmiany doktorant psychopata przysunął się na nieprzyjemnie bliską odległość. Dowódca niemal czuł ciepło bijące z młodego ciała. – Ojej, panie generale, żeby pan wiedział, czegóż to ludzie nie wymyślali! Jedna dziewczyna nawet twierdziła, że wszechświat sam będzie dążyć do równowagi i przyśle nam tu coś z przeszłości. Zabawne, prawda?
Wtem z sąsiedniego pomieszczenia zaczęły dobiegać dziwaczne hałasy, jakby ludzkie krzyki, szczęk stali oraz brzęk tłuczonego szkła. Brown chciał posłać Jenkinsa na zwiad, lecz profesor Nowak go ubiegł.
– Janek – zwrócił się do promieniejącego doktoranta – idź, sprawdź, co się tam dzieje.
Chłopak tylko skinął głową, po czym żwawo ruszył w stronę drzwi. Wszedł. Nie minęła choćby minuta, gdy dosłownie wypadł z pomieszczenia. Ładnym łukiem przeleciał co najmniej półtora jarda, po czym, nieco gorszym stylem, wylądował na podłodze. Zaraz poderwał się na nogi i przywarł plecami do drzwi, usiłując zablokować je własnym ciałem. Już nie roztaczał wokół siebie aury entuzjazmu, zamiast tego był śmiertelnie blady.
– Pamiętacie IX legion rzymski, ten, który około 108 roku zaginął w Brytanii? Już wiemy, co się z nim stało.


KONIEC