Lekarze stwierdzili, że był to zawał serca. Ja jednak miałem inny pogląd na tę sprawę. Byłem absolutnie przekonany, iż wuj Jakub zszedł był w akcie samoobrony.
Życie, które wiódł było równie szare jak listopadowy poranek, podczas którego odprowadzaliśmy jego doczesne szczątki na miejsce – jak nam się wtedy zdawało – wiecznego spoczynku. Pracował w biurze. Codziennie, z wyjątkiem sobót oraz niedziel, przepisywał niekończące się kolumny cyfr. Nie miał pojęcia, co oznaczają. Wiedział jedynie, że ma je przepisać. Naciskał więc klawisze miniaturowej maszyny pisząco-liczącej (zajmowała zaledwie jedną trzecią pomieszczenia), a ta terkotała, buchała parą, obracała lekko zaśniedziałymi zębatkami, mrugała niezliczonymi lampami, po czym wypluwała metry dziurkowanego papieru. Sam nie potrafił odczytać wydruków, jednak wierzył, iż odpowiadają wprowadzonym przezeń liczbom. A nawet jeśli nie, nie było to jego zmartwieniem. Interpretacją danych zajmował się kto inny. Wuj miał jedynie przekazać je dalej, więc przekazywał, jeszcze ciepłe, pachnące spalonym etherem. Zaczynał pracę dokładnie o ósmej, a kończył punkt szesnasta. Następnie szedł do domu i… No właśnie, nikt tak do końca nie wiedział, czym się zajmował w wolnych chwilach.
Nie miał żony, dzieci, przyjaciół, nawet kota. Słowem nikogo, kto mógłby powiedzieć o nim coś bliższego. Kontakty towarzyskie wuja Jakuba ograniczały się wyłącznie do wymiany grzeczności z sąsiadami oraz pojawiania się na uroczystościach rodzinnych. W gronie krewnych również pozostawał skryty oraz małomówny. Siedział sobie na uboczu tak cicho i nieruchomo, że ludzie nieraz zauważali tego skurczonego w sobie jegomościa dopiero, gdy się o niego potknęli.
Pewnego razu, kiedy byłem jeszcze dzieckiem, wpadłem na pomysł, aby pomalować go farbkami etherycznymi. Wuj zawsze nosił szary garnitur, miał szare włosy oraz szarawą cerę. Wydawało mi się, że to właśnie ta szarość była powodem jego niemalże nieustannego milczenia. Roiłem sobie, iż gdy dodam mu trochę kolorów, staruszek się ożywi. Chwyciłem farby i podszedłem do niego cicho, cichuteńko, na paluszkach. Albo nie chodziłem tak bezszelestnie, jak mi się wydawało, albo wuj Jakub miał doskonały słuch, bo nagle nachylił się i spojrzał mi głęboko w oczy. Jego twarz mnie przeraziła. Nie było na niej ani śladu jakichkolwiek emocji. Blada i nieruchoma, przypominała raczej maskę pośmiertną niż kawałek żywego ciała. Jednakże najgorsze ze wszystkiego były oczy. Tak puste spojrzenie może mieć jedynie człowiek martwy już za życia.
Uciekłem z płaczem.


Rodzice przez wiele godzin bezskutecznie starali się mnie uspokoić. Właściwie nigdy im się to w pełni nie udało. Chociaż zdarzenie miało miejsce ponad jedenaście lat temu, wciąż nie mogę zapomnieć tamtych martwych oczu.
Wuj Jakub był nie tylko cichy oraz szary. Był również średni do kwadratu, a może nawet sześcianu. Średniozamożny, średniego wzrostu, posiadający średnie wykształcenie. Kiedy osiągnął wiek zwany średnim, jego serce – a raczej to, co mu jeszcze z niego zostało – miało tego dość. W akcie samoobrony przed rutyną, szarością oraz średniością przestało bić.
Zejście z tego świata prawdopodobnie było najciekawszą rzeczą, jaką wuj zrobił w całym swym dorosłym życiu. Może właśnie dlatego uznaliśmy to za koniec całej sprawy? Jednak ku naszemu zdumieniu, po tym smutnym zakończeniu nastąpił zaskakujący epilog.

* * *

Zaczęło się od kuzynki Wandy.
– Widziałam wuja Jakuba – oznajmiła pewnego ranka, kilka tygodni po pogrzebie.
Nie przyłożyliśmy do jej słów specjalnej wagi. Wandzia co i rusz coś widziała. W porównaniu z poprzednimi wizjami: końcem świata, Jezusem, Najświętszą Panienką oraz ludźmi z gwiazd, duch wuja wypadał całkiem zwyczajnie.
Wkrótce kuzynka zaczęła coraz bardziej słabnąć. Z dnia na dzień stawała się bledsza. Zawsze była trochę chorowita, ale nigdy nie wyglądała tak marnie jak wtedy. Wezwani lekarze stwierdzili ostrą anemię, przepisali całą górę preparatów witaminowych i zalecili jedzenie czekolady oraz częste wychodzenie na świeże powietrze.
– To nie pomoże – szepnęła mi na ucho.
– Dlaczego tak sądzisz?
– Bo to nie anemia. To wuj Jakub przychodzi do mnie w nocy.
Sprawę uznałem za kolejny wytwór nazbyt wybujałej wyobraźni kuzynki, więc tylko roześmiałem się w odpowiedzi i złożyłem gorący pocałunek na różowych ustach.
Następnego dnia, kiedy poszedłem ją zbudzić, Wanda była martwa.

* * *

Wkrótce Karolek, syn mojej starszej siostry – Agaty, zaczął chodzić we śnie. Znaleźliśmy go błąkającego się po ogrodzie otaczającym nasz dworek. Przemókł do suchej nitki.

– Byłem z ciocią Wandzią. – Na wargach chłopca błądził nieco nieobecny uśmiech. – Ciocia dała mi buzi, o tu. – Wskazał miejsce na szyi, w którym widniały dwie niewielkie ranki, jakby po ukłuciu szpilką.
Może poświęcilibyśmy więcej uwagi tym śladom, gdyby nocnej ciszy nie rozdarł krzyk starej ciotki Gertrudy. Natychmiast pobiegliśmy sprawić, co też wystraszyło biedną staruszkę.
– To był Jakub! – krzyczała histerycznie. – Przyszedł i pochylał się nade mną!
– To tylko zły sen, ciociu – próbowaliśmy ją uspokoić. – Nie ma się czego bać. Nic cioci nie grozi.
Dwa tygodnie później zarówno młody Karolek, jak i stara ciotka już nie żyli.

* * *

Ledwie trzy dni po podwójnym pogrzebie zniknęła Agata. Odnalazłem ją nieprzytomną, leżącą nieopodal miejsca, w którym wcześniej znaleziono jej syna. Ostrożnie zaniosłem siostrę do domu i ułożyłem na kanapie. Była śmiertelnie blada, zupełnie jakby coś wyssało z niej całą krew. Na jej ciele znalazłem osiem śladów nakłuć.
Świadomość odzyskała zaledwie na chwilkę. Nigdy nie zapomnę słów, które wtedy wypowiedziała:
– Karolek? Gdzie jest moje dziecko?! Karol! Przyszedł tu wczoraj. Stukał do drzwi. Wołał mnie! Otworzyłam. Potem spacerowaliśmy razem. Wanda, ciotka Gertruda i wuj Jakub też byli z nami. Karol, gdzie jesteś syneczku?!
Reszta domowników zaczęła się krzątać przy chorej. Ktoś wezwał doktora. Nie zamierzałem wysłuchiwać diagnozy. I tak wiedziałem, jaka będzie: załamanie nerwowe spowodowane śmiercią jedynego dziecka. Zapewne przepiszą jej jakieś witaminy i każą dużo wypoczywać.
Zdaniem lekarzy wuj Jakub zmarł na serce, kuzynka Wandzia z powodu ostrej anemii, ciotka Gertruda ze starości, a mały Karolek na skutek zapalenia płuc. Ja jednak wiedziałem swoje. Cztery zgony w tak krótkim czasie, a teraz jeszcze Agata – to nie mógł być przypadek. Jakaś tajemnicza, nieznana miejscowym doktorom zaraza pustoszyła naszą rodzinę.
Postanowiłem napisać do kuzyna Janka. W końcu studiował medycynę i to aż w samej stolicy. Uznałem, że jeśli ktoś będzie w stanie pomóc to tylko on. Dokładnie opisałem całą historię, porządnie zaadresowałem kopertę i jeszcze tego dnia wysłałem list.


* * *

Tej nocy nie mogłem zasnąć. Godzinami leżałem w łóżku, rozmyślając. Wuj Jakub, Wandzia, Karolek, ciotka Gertruda, a teraz moja siostra. Kto miał być następny na tej czarnej liście? Ta sprawa nie dawała mi spokoju.
Nagle w ciemnościach rozległ się szept:
– Piotrze… Piotrusiu najdroższy…
Był tak cichy, iż każdy człowiek wziąłby go za szelest liści na wietrze. Każdy, ale nie ja. Serce zabiło mi mocniej. Och, jakże dobrze znałem ten głos! Tyle że jego właścicielka od tygodni znajdowała się w grobie.
– Ukochany, otwórz okno – szeptała. – To ja, Wanda. Wpuść mnie.
Miliony myśli przebiegły mi przez głowę. Jedna z nich brzmiała: „To niemożliwe!”. Cóż jednak może poradzić rozum, kiedy w grę wchodzą uczucia? Me serce ożywiła szaleńcza nadzieja. Wandzia zawsze była niezwykle blada. Czasami zdarzało jej się zapadać w letargi bardzo przypominające śmierć. Może tak stało się i tym razem? Może lekarze przedwcześnie uznali ją za zmarłą? Może teraz się przebudziła i wyszła z grobu? Za nic miałem takie drobnostki, jak fakt, iż niemożliwością jest przeżyć tak długo bez jedzenia i wody oraz sposób w jaki moja słabowita kuzynka miałaby zdołać całkiem sama wydostać się z trumny. Jedyne, co mnie obchodziło, to to, iż moja ukochana żyła i była tu razem ze mną.
Nie wahając się dłużej, otworzyłem okno.
– Mój najmilszy! – ktoś szepnął mi wprost do ucha.
Podskoczyłem niczym oblany wrzątkiem. Nie mogłem pojąć, jak to możliwe, że ta zwykle flegmatyczna dziewczyna zdołała tak szybko zmaterializować się tuż za mną. Nie zastanawiałem się nad tym wiele, gdyż zaraz co innego przykuło moją uwagę. Pomijając wręcz trupią bladość jej lica, Wanda zdawała się być piękniejsza niż kiedykolwiek. Niegdyś wychudłe ciało dziewczyny nabrało przyjemnych krągłości, rysy twarzy stały się delikatniejsze i idealnie symetryczne, a włosy mocne oraz lśniące, oczy nabrały bynajmniej nie niezdrowego blasku, wargi nie były już różowe i wąskie, lecz pełne oraz czerwone, jakby stworzone do całowania.
– Piotrze – wyszeptała, po czym złożyła przeciągły pocałunek na mych ustach.
Chłód momentalnie przeniknął me ciało. Wargi kuzynki były lodowato zimne. Zdawały się wysysać całe ciepło. Miałem wrażenie, iż nawet szpik w kościach mi zamarza, a jednak zamiast strachu czułem niewypowiedzianą rozkosz.

– Wkrótce znów będziemy razem – szept Wandzi brzmiał tak, jakby dobiegał z oddali. – Już na zawsze.
Po tym już nic nie słyszałem ani nie widziałem, ani nie czułem. Zanurzyłem się w nicości.

* * *


Kuzyn Janek najwyraźniej bardzo poważnie potraktował całą sprawę. Zamiast napisać zwykły list, przysłał telegram.

DROGI KUZYNIE STOP NIE MA CZASU DO STRACENIA STOP PRZYJEŻDŻAM JESZCZE DZIŚ POPOŁUDNIOWYM POCIĄGIEM STOP CZEKAJ NA MNIE NA STACJI STOP JANEK


Wiadomość bardzo mnie ucieszyła. Sprawy nie mogły ułożyć się dla nas pomyślniej.

* * *

– Piotrze, jakże się cieszę, że cię widzę! – powitał mnie Janek. – Co się stało? Czekam tu na ciebie już od kilku godzin.
– Agata nie żyje – wychrypiałem.
Dopiero teraz dostrzegł moją bladość oraz podkrążone oczy.
– Tak mi przykro. – W głosie mężczyzny brzmiał szczery żal. Nic w tym dziwnego. W rodzinie od dawna plotkowało się na temat jego podobieństwa do małego Karolka.
Zapadło nieprzyjemne milczenie. Kuzyn najwyraźniej liczył, iż to ja je przerwę. Dopiero, gdy zorientował się, że nie mam najmniejszego zamiaru tak postąpić, odezwał się:
– Słońce już całkiem zaszło. Trochę szkoda… Chociaż, może to i lepiej? Nie traćmy więcej czasu! Pomóż mi załadować rzeczy na powóz. Jedźmy jak najprędzej, ale nie do domu, jeno na cmentarz. Wszystko wyjaśnię po drodze.

* * *

– Wiem, że to brzmi niedorzecznie, – powiedział Janek – jednak musisz mi uwierzyć!
Milczałem.
Kuzyn westchnął ciężko. Ściągnąwszy okulary, potarł kąciki oczu.


– Szczerze mówiąc, nie dziwię ci się. Jeszcze kilka miesięcy temu sam bym nie uwierzył. Gdyby nie ta wycieczka do Rumunii… Ja… Ja widziałem to wszystko na własne oczy, rozumiesz?! – Rzeczywiście, w ciągu kilku ostatnich miesięcy musiał wiele przeżyć. Pomimo młodego wieku na jego skroniach już pojawiły się siwe włosy. Wzrok miał udręczony. – Kilkutygodniowe zwłoki bez śladu rozkładu, z wciąż rosnącymi paznokciami oraz włosami, tak opite krwią, że wyglądały niczym nadmuchane balony. To wbrew naturze, a jednak prawdziwe! Początkowo chorują wyłącznie krewni pierwszego zmarłego, lecz z biegiem czasu zgonów przybywa, a potem… Trafiają się nawet całe wioski zmienione w wampiry! Badaliśmy to zjawisko. Staraliśmy się znaleźć jakieś naukowe wytłumaczenie. Krwiopijcy są martwi – udało nam się stwierdzić to ponad wszelką wątpliwość. Jednakowoż ich ciała noszą pewne oznaki życia. Nie są to bezrozumne bestie. Jeśli zechcą, mogą z powodzeniem udawać ludzi. Wiesz, co jest najstraszniejsze? Wampiry zabijają nie dlatego, że nienawidzą. Czynią to nawet nie z powodu głodu. Mordują, ponieważ kochają! Wydaje się im… – Głos mu się załamał. – Sądzą, iż wysysając krew swych bliskich, czynią to dla ich dobra!
Żelazne kopyta parowego konia stukały o bruk. Powóz kołysał się lekko.

* * *

– To nie będzie przyjemne – ostrzegł, gdy stanęliśmy przed wejściem do rodzinnego grobowca. – Krew pewnie bryzgnie na metr. Niestety, musimy to uczynić. Kiedy zabijemy głównego wampira… Znaczy, pomożemy duszy wuja Jakuba odzyskać pokój, reszta nieumarłych znacznie osłabnie.
Postawił lampę na ziemi. Błękitny płomień etheru zadrżał, wprawiając cienie w ruch do złudzenia przypominający taniec. Tymczasem Janek grzebał w torbie.
– Gdzie też ja posiałem ten czosnek – wymruczał.
Przypadkowo skierował wzrok na płytę nagrobną. W migoczącym świetle można było odczytać imiona wszystkich pogrzebanych tu członków rodziny. Cały zesztywniał. Widać nareszcie dostrzegł, iż po imieniu „Agata Batory” wyryto jeszcze jedno. Spojrzał na mnie z niemym pytaniem w oczach.
Uśmiechnąłem się w odpowiedzi. Dopiero teraz zauważył długie kły. Wyciągnął rękę po osikowy kołek. Rzuciłem się na niego.
Rodzina powinna trzymać się razem.

* * *

– No mały, miałeś szczęście. Zdążyłem dosłownie w ostatniej chwili.
Wokół unosi się delikatny zapach palonego etheru. Patrzę w gwiazdy nade mną. Alchemik, Trybiki, Mały Alembik, Wieża – wodzę wzrokiem od jednej do drugiej konstelacji. Nic więcej nie mogę zrobić. Ciało mnie nie słucha.
Głos Janka:
– W-wuj Jakub? Wuj żyje?
– Tak, ale muszę przyznać, mało brakowało. Chytra bestyjka, uśpiła moją czujność. Zamiast zwykłego człowieka, udawała osobę powoli padającą ofiarą wampiryzmu. Anemia, długotrwałe omdlenia, ogólna nadwrażliwość – wszystkie klasyczne objawy. Profilaktycznie szykowałem dla niej kołek, nie wiedząc, że już się przemieniła. A sposób w jaki mnie unieszkodliwiła! Nigdy wcześniej nie słyszałem o wampirze używającym trucizny i to jeszcze takiej. Ogórek zombie! Gdybym był zwykłym człowiekiem, hecę z letargiem, przedwczesnym pogrzebem oraz pobudką w grobie przypłaciłbym co najmniej dotkliwym niedotlenieniem mózgu. Jednak najbardziej zdumiewająca jest jej biegłość w sztuce iluzji oraz hipnozy. Zdołała wszystkich przekonać, że to ja byłem wampirem! Ech, Wandzia, Wandzia. Zdolne było z niej dziecko. Szkoda, że tak skończyła… Przeklęty chów wsobny! W założeniu miał sprawić, aby rodziło się więcej takich jak ja, a czym się skończył? Zwiększoną podatnością na wampiryzm, tfu!
– Kim…? Kim wuj…?
– Pogromcą wampirów, oczywiście. Oho, spójrz. Ten jeszcze porusza gałkami ocznymi. Widać ręka mi się omsknęła i niedokładnie przebiłem serce. Nic dziwnego, po tylu tygodniach w trumnie… Dobra, zaraz to naprawimy. Proszę, zechciej mi podać kołek numer trzy…

KONIEC